You are currently browsing the tag archive for the ‘bóg’ tag.

Po długiej przerwie czas na kolejny ułomny wpis. Dlaczego ułomny? Podejmuję bowiem temat trudny, którego nie sposób przy użyciu jakiejkolwiek niezawodnej metodologii rozwiązać. Stąd marnuję czas na pisaniu treści, które mogą co najwyżej przysłużyć się innym do stymulacji mózgu i refleksji, nie śmiem twierdzić, że to, co poniżej napiszę, ma prowadzić do deizmu lub teizmu. Jest to bowiem sprawa osobistego osądu i wiary, które to nie podlegają nauce w ścisłym tego słowa znaczeniu. Również nie mam na celu użyć tego jako „zapchajdziurę”, powód do wiary w istnienie Boga. Raczej potraktujmy to jako zagwozdkę dla ludzi, którzy starają się zredukować ludzkie poznanie do naukowych aksjomatów i metodologij. Ponadto powstał on w kilka minut, ergo pewno można było go jeszcze doszlifować.

Jeszcze dwie uwagi na początku:
1. Wpis popełniam pod wpływem – bądź co bądź bardzo ciekawego – wpisu z innego bloga (dokładniej pod wpływem jednego z komentarzy): „Talent do religii”
2. Żeby usystematyzować „schemat” zadawania pytań, zastosowałem osobliwą numerację, nie mam obecnie nastroju na zabawy z wcięciami ;).

Z tego co kojarzę (choć możliwe, że się mylę) w nauce dochodzi się do wniosku, że wszystko jest zdeterminowane, zresztą pomaga to w dochodzeniu do pewnych prawd (na razie pomińmy złamaną nierówność Bella, osobiście nie do końca ogarniam ten temat, natomiast zasada nieoznaczoności Heisenberga wg niektórych nie świadczy jednoznacznie o niepełnym determinizmie; załóżmy zatem choć na te kilka minut absolutny determinizm we Wszechświecie, albo szerzej: w całej rzeczywistości).

Wszechświat powstał (tylko) w wyniku Wielkiego Wybuchu, czy nie?
1. Jeżeli powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu, to jakim prawem, za jaką przyczyną?
11. Czy prawa fizyczne istnieją obiektywnie?
111. Jeżeli nie, to co sprawia, że cokolwiek podlega prawom fizycznym?
112. Jeżeli tak, to w jaki sposób istnieją?
113. Jeżeli tak, to czy powstały razem ze Wszechświatem?
1131. Jeżeli tak, to jakim prawem powstał Wszechświat?
1132. Jeżeli nie, to skąd się wzięły przed Wszechświatem? (pomińmy tezę o braku czasu przed Wszechświatem, bo to ukraca dyskusję – jak panspermia w stosunku do problemu abiogenezy*; nawet jeżeli chwila Wielkiego Wybuchu była początkiem czasu, czasowym zerem absolutnym, to musiała ona nastąpić)
2. Jeżeli nie powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu, a istniał wcześniej (np. jako bezwymiarowy punkt, osobliwość czy jakoś tak), to tym bardziej: jakim prawem, za jaką przyczyną?
21. Może jest wieczny (np. hipoteza Wszechświata oscylującego)? Niemożliwe, przeczy to przecież determinizmowi!

Osobisty wniosek: Na mocy determinizmu Wszechświat nie może być wieczny („od lewej”). Musi zatem mieć przyczynę istnienia, której nie można się upatrywać w samym Wszechświecie (w rzeczywistości poza nim, albo w sferze niematerialnej). Mogą to być prawa fizyczne, zakładając że istniały wcześniej, wtedy jednak problem jest z ich genezą – zatem dylemat początku wszystkiego nie jest nadal rozwiązany. Chyba, że ktoś teraz powie, że prawa fizyczne są niematerialne i nie podlegają naszemu rozumowi – przechodzimy jednak już do sfery wiary, nie nauki, tak myślę… Dochodzimy w paru przypadkach do rzekomej nieskończonej pętli przyczyn (którą też stosuje się jako niszczyciela jednego z ‘dowodów’ Św. Tomasza z Akwinu). Tutaj muszę jednocześnie wkroczyć w obronie „swoich”. Z punktu widzenia teisty, Bóg jest bytem odwiecznym i bezprzyczynowym, nie jest też uległy ludzkiej logice, metodologii czy wnioskom dotyczącym rzeczywistości. Stąd dla wierzącego nie ma problemu w zaakceptowaniu tezy, że Wszechświat ma przyczynę w Bogu (a jednocześnie np. Wielkim Wybuchu), a Bóg nie ma przyczyny. Ostatecznie: podejmowanie tego tematu w obrębie dyskusji ateistów z teistami jest interesujące, natomiast raczej bezowocne pod kątem zmiany stanowiska „mocnego” ateisty albo teisty; teista bowiem może odwołać się do odwiecznego Boga, który nie jest przedmiotem badań naukowych i basta, ateista zaś (ale w sumie także teista) może ukrócić rozmowę pokazując, że podejmowanie tego tematu w obrębie nauki jest lekko kuriozalne ze względu na jego charakter. Jestem skłonny, że temat powstania Wszechświata, “pierwszej przyczyny” i tak dalej, jest na razie nierozstrzygalny na gruncie nauki (chyba że odpowiedź „nie wiadomo” także można uznać za rozwiązanie problemu), a poza nią trudno do czegokolwiek dojść bez pojęcia jakiegoś bytu zupełnie wymykającego się ludzkiemu rozumowi i niemożliwemu do zweryfikowania przez naukę, np. Boga.

Również ciekawe spojrzenie na ten tok myślenia zaprezentował jeden z komentujących artykuł z „Boskiego ateisty”, Saunterer:

(…) nie widzę powodu dla założenia, że wszechświat jest w jakiś obligatoryjny sposób podległy ludzkiej logice i metodologii, vide niesławna fizyka kwantowa. Nasza logika i metodologia owszem, wysyła ludzi na Księżyc i z powrotem, ale powstała jako skutek uboczny pracy naszego mózgu którego zadaniem jest coś innego. Nie wydaje mi się, byśmy mieli podstawy sądzić, że wszechświat jest dla nas a priori poznawalny i ma obowiązek być zrozumiały.

Także cytuję wypowiedź jednego z teologów, dotyczącą mniej więcej tego samego, za zapytaj.wiara.pl:

(…) jeśli istnieje świat, trzeba przyjąć, ze jest, ze swoimi prawami wieczny, albo że początek dała mu jakaś istota wyższa – Bóg. Trzeciego wyjścia nie ma (chyba że uznać, ze świat nie istnieje, ale to już obalił Kartezjusz swoim „cogito ergo sum”). Naprawdę Pan wierzy, że materia jest wieczna? Przecież wiadomo, ze nie zawsze wyglądała tak, jak teraz. I jak to jest, ze ta głupia materia stosuje się do prawideł, które można opisać wytworem ludzkich myśli, matematyką? Czy naprawdę wierzy Pan w wieczne istnienie mądrej materii?

Nie idę z tym do Racjonalisty, jestem amatorem. Ale ciekaw jestem Waszych wszelkich opinii i refleksji.

Pozdrawiam serdecznie i życzę każdemu, kto to czyta, radości i pokoju, i miłego wieczoru :)!

P.S. Słyszałem, że emoty wstawia się po znakach interpunkcyjnych. Prawda to? Jeśli tak, przepraszam za błędy. ;)

P.P.S. Dlaczego człowiek w istnieniu doszukuje się sensu? Jaki to ma sens? A jeżeli jakiś sensowny ma, to w takim razie jaki sens ma istnienie Wszechświata? (krótko spałem)

* – problem abiogenezy dotyczy tego, jak z materii nieożywionej powstało życie – nawet część ateistów i agnostyków nie wierzy w abiogenezę, ale jako wyjaśnienie podaje na przykład teorię panspermii która zakłada, że na Ziemi życie przyszło w jakiś sposób z zewnątrz, np. jak bakterie na meteorycie; nie rozwiązuje to problemu powstania życia z materii nieożywionej, tylko „spycha” go dalej.

wW nauce dochodzi się do wniosku, że wszystko jest zdeterminowane, zresztą pomaga to we wnioskowaniu (na razie pomińmy złamaną nierówność Bella, na razie znajomy fizyk kwantowy nie dość jasno mi odpowiedział więc mogę też założyć pełen determinizm we Wszechświecie).
Reklamy

Życie potrafi się zmienić z dnia na dzień…

Chciałbym dzisiaj podzielić się wrażeniami z wyjazdu, na jakim byłem parę dni temu, tj. opisać, jak dni przebiegały, i jakich tam doznałem odczuć i refleksji. A gdzie byłem? Ano na rekolekcjach powołaniowych u dominikanów (Zakon Kaznodziejski, Ordo Praedicatorum) w klasztorze w Gidlach koło Częstochowy (znajduje się tam sanktuarium maryjne, którym opiekują się dominikanie). Zacznijmy od rzeczy najbłahszej, czyli właśnie surowego opisu wyjazdu od strony technicznej. Wstępem jeszcze – pewnie dużo rzeczy, zwłaszcza później, pominę. Chwilowe zapomnienie lub dyskrecja.

Wyjechałem z domu w poniedziałek, trzynastego lipca, o piątej rano, jechałem do Częstochowy autobusem, skąd później do Gidel kolejnym. Zajechałem do Gidel chwilę przed trzynastą. Byłem tam rok temu więc nic mnie nie dziwi, natomiast opowiem krótko, jak wygląda ta mieścina: mały, kwadratowy plac (rynek?), dookoła sklepy spożywcze i kilka przemysłowych, od rynku odchodzą cztery ulice, każda gdzieś wiedzie, ale nie wiem dokąd ;). Dalej jeszcze te Gidle się ciągną, ponieważ kilkanaście minut drogi od rynku można trafić jeszcze na dwa z trzech kościołów, jakie tam się znajdują – jeden malutki, drewniany, bodaj piętnastowieczny, oraz drugi należący niegdyś do braci kartuzów (w Polsce już chyba wymarli). Idąc do Sanktuarium Matki Bożej Gidelskiej od rynku można podziwiać bardzo ładny ‚deptak’, z zadbaną trawą, bujnymi drzewami, pięknymi kwiatami i wygodnymi ławkami. Dalej mamy docelowe sanktuarium, natomiast – co jeszcze przykuło moją uwagę – jakieś sto metrów dalej, po prawej stronie ulicy, znajduje się bar. Oferują raczej standardowe potrawy, jak to w barach. Co jednak przykuwa, to smak i (ta, z Poznania jestem) cena. Będąc tam tydzień wcześniej z rodziną spróbowałem robioną przez nich zapiekankę. Co prawda kosztowała cztery złote, przy czym jest mniejsza od miejskich, to jednak jest to jedna z lepszych, jakie jadłem :). Rodzina kupiła sobie flaczki po pięć złotych i kotlet z frytkami po nie pamiętam ile i również byli zadowoleni. Dobrze, wróćmy do głównego tematu. Albo nie, opowiem jeszcze co nieco o samym kościele.

Wtrącenie – chciałem wrzucić zdjęcia z wyjazdu tutaj, by urozmaicić wpis, ale jest ich trochę za dużo. Są do obejrzenia tutaj. Później je posortuję i opatrzę podpisami.

Sanktuarium Matki Bożej Gidelskiej powstało w siedemnastym wieku. Wcześniej, miała tam miejsce niecodzienna historia. Pozwolę sobie zacytować z serwisu regionalnego właściwą legendę:

Maleńką, zaledwie dziewięciocentymetrową, kamienną figurkę Matki Bożej z Dzieciątkiem w 1516 roku, tuż przed pierwszą niedzielą maja, wyorał na swoim polu gidelski rolnik Jan Czeczek. Naraz, ku jego zdziwieniu, woły ustały w orce, a nawet padły na kolana. Nic nie pomogły przynaglania ani bat. Wreszcie i mężczyzna zauważył niezwykłą jasność bijącą z ziemi, a wśród tej jasności figurkę Najświętszej Panny.

Wieśniak nie potrafił zrozumieć cudownych znaków i potraktował swoje znalezisko jako skarb materialny. Ukrył figurkę w chałupie, na dnie skrzyni z odzieżą. W niedługim czasie on i jego rodzina utracili wzrok. Wówczas pewna kobieta, która pomagała nieszczęśliwym, zainteresowała sie cudowną wonią i światłością bijącą ze skrzyni. Opowiedziała o wszystkim gidelskiemu proboszczowi i odtąd rozpoczął się czas publicznej czci oddawanej Maryi w tym wizerunku.

Posążek obmyto z prochu ziemi i przeniesiono do kościoła parafialnego. Wodą, która pozostała po obmyciu, Czeczkowie przetarli swe oczy i natychmiast odzyskali wzrok. To na pamiątke tego wydarzenia zachował sie do dziś w gidelskim Sanktuarium zwyczaj „kąpiółki”, to znaczy ceremonialnego obmywania raz w roku figurki w winie. Pielgrzymi uważają, że wino z tej „kąpiółki” ma moc uzdrawiania. Matkę Boską Gidelską nazywa się dlatego Uzdrowieniem Chorych.

Dalsze cudowne znaki sprawiły, że figurkę przeniesiono z kościoła na miejsce jej odnalezienia i umieszczono w kapliczce w formie drewnianego słupa, którą dziś jeszcze można oglądać przy ołtarzu w kaplicy Matki Bożej. Z czasem wzniesiono wiekszą drewnianą kapliczkę. W roku 1615 właścicielka Gidel, Anna z Rosocic Dąbrowska, sprowadziła tu dominikanów, którzy zgodnie z nazwą swego zakonu – Zakon Kaznodziejski – mieli głosić sławę Maryi, strzec miejsca Jej cudownego wizerunku i szerzyć modlitwę różancową. To właśnie świety Dominik, założyciel tego zakonu, jest twórcą modlitwy różancowej.

Warto przy tym zaznaczyć – wino z kąpiółki, które też można tam otrzymać lub poprosić o nie listownie, nie ma mocy uzdrawiania. Ludzie mają tendencję do czynienia z takich rzeczy magicznych zabawek, a przecież ‚wino nie jest Bogiem Wszechmogącym’, jak to mawia tamtejszy przeor, strofując wytrwale licznych pielgrzymów. Po bokach kaplicy, w której znajduje się ta figurka, są zachowane stare ryciny z opisami cudów, za jakie odpowiedzialna miała być rzekomo Matka Boża (tu: kojarzona z Gidlami).

Poza tym, w kościele można zobaczyć masę obrazów i figur świętych, których już po prostu nie chce mi się wrzucać ;).

Idźmy dalej – co tam robiliśmy?

Celem rekolekcji powołaniowych jest otworzenie się w duchu modlitwy i rozmów na głos Boga, który do czegoś nas powołał, i rozeznanie właśnie, do czego. Czy do małżeństwa, czy do kapłaństwa, czy do życia w zakonie… Można rozważać też powołanie jako „branżę” w której będziemy się obracać, ale skupiliśmy się na tych głównych drogach życiowych. Nie ma sensu przytaczać planu poniedziałku i piątku, gdyż te dni były niepełne, natomiast opiszę, jak wyglądały środkowe trzy dni:

7:50 – jutrznia i godzina czytań

8:20 – śniadanie

9:15 – konferencja i adoracja Najświętszego Sakramentu

12:15 – Msza Święta i modlitwa południowa

13:30 – obiad i rekreacja

16:30 – konferencja i adoracja Najświętszego Sakramentu

18:30 – kolacja

19:00 – nieszpory

20:00-21:00 – lektura własna Pisma Świętego

21:00 – kompleta

Warto jeszcze nadmienić, że nie było ustalonej ciszy nocnej. Rok temu wyznaczono nam godzinę 23:30, teraz zdarzało się jeszcze dłużej przesiadywać w kuchni i głośno rozmawiać.

Widać od razu po planie dnia, że nie były to takie zwyczajne rekolekcje, gdzie grupka młodzieży wyjeżdża sobie w góry lub nad morze, zwiedza i wypoczywa, a rekolekcyjnym urozmaiceniem są spotkania z animatorami w grupkach i Msza Święta. Pozwolę sobie teraz krótko opisać każdy z elementów dnia, który widniał na planie.

Jutrznia i godzina czytań to jedne z bodaj siedmiu modlitw liturgii godzin (brewiarzu). Składają się na hymn, psalmy, czytania, modlitwy… Ta, truizm ;). W ciekawy sposób odmawialiśmy tę modlitwę – był podział na dwa chóry, co dwa wersety następowała zmiana, całość zaś melorecytowaliśmy (podobnie jak kapłan na Mszy Świętej, ale jednym tonem).

Śniadanie wbrew temu, co możnaby pomyśleć o zakonie żebraczym, było wcale bogate i smaczne, naprawdę, dawno tak nie jadłem, jak tam. Różnego rodzaju pieczywo, sery, wędliny, pomidory, konfitury… Wszystko, co potrzeba, aby śniadanie było przyjemnością :). Jednocześnie warto wspomnieć – w niektórych klasztorach post od mięsa jest także w środy. Poza tym w regule zakonu jest napisane, by bracia jedli w sam raz tyle, ile potrzebują – ani za dużo, ani za mało. Natomiast nie ma jedzenia poza porami posiłku, nie licząc wyjątków.

Konferencja to 15-30-minutowe kazanie na temat jakiegoś aspektu powołania, adoracja… Myślę, że to jest jasne. Godzina kontemplacji, modlitwy i wpatrywania się w Najświętszy Sakrament.

Obiady były równie wspaniałe, co śniadania – dwudaniowe, na drugie danie jakieś mięso (mielone, kotlety, pieczenie), ziemniaki i surówki. Rekreacja u dominikanów wygląda tak, że po obiedzie spotykają się (mus) razem, i ze sobą rozmawiają na różne tematy, żeby (chyba) podtrzymać i w ten sposób duch braterstwa. Tym razem u nas to troszkę kulało, ale mimo wszystko udało nam się ze sobą dobrze zaznajomić. Po rekreacji jest siesta, czas w pełni wolny, kiedy można robić, co się chce – zalecają poobiednią drzemkę ^^.

Kolacja podobna jak śniadanie, przy czym w środę mieliśmy smażone kiełbasy i frytki jako główną atrakcję, a w czwartek grillowaliśmy.

Nieszpory, kompleta (modlitwa na zakończenie dnia) i pominięta wcześniej modlitwa południowa to także elementy liturgii godzin.

Lektury Biblii nie trzeba opisywać.

Co mógłbym jeszcze dodać… Zalecano nam wyłączenie telefonów komórkowych i kompletne odcięcie się od naszej własnej codzienności, oraz spędzanie jakiegoś czasu samemu, by się wyciszyć i skupić na tym, po co przyjechaliśmy. Jednocześnie dobrze było sobie we dwie-trzy osoby porozmawiać przy herbacie. W tym roku było różnie z wyciszaniem się, ale próbowaliśmy ;).

Wiem, chyba przynudzam lekko, wybacz proszę, przejdę teraz do kolejnej części, czyli tego, co mi się tam spodobało.

Po pierwsze, niesamowity nastrój miejsca. Niemal kompletne zadupie, co w połączeniu z brakiem kontaktu z życiem codziennym pozwala się w pełni wyciszyć i uspokoić.

Po drugie, posiłki;).

Po trzecie, sposób bycia dominikanów. Oczywiście każdy jest różny i z różnych sfer pochodzi (zdarzają się arystokraci, ludzie po wykształceniu humanistycznym lub technicznym, ludzie nawróceni po wielu latach życia), ale słyszałem na ich temat wiele anegdot, zabawnych i pouczających, i w każdym z tych, których znam, można dostrzec swego rodzaju radość życia, poświęcenie i pokorę. A przy tym rozległą wiedzę na temat życia, filozofii i teologii, co zresztą jest jednym ze ‚znaków rozpoznawczych’ zakonu.

Po czwarte to, że mieliśmy w planie niemało rzeczy, a jednocześnie na wszystko starczyło czasu, mogłem nawet przez godzinę siedzieć samemu w kuchni i rozmyślać, popijając herbatą. Pomimo sztywnego planu dnia można było sobie na wiele pozwolić i nie było żadnego pośpiechu.

Po piąte, odnośnie samego pobytu tam i nawiązując do miasta, z którego pochodzę – pobyt tani, bo co łaska. Bez żadnego „ale nie mniej niż”, jak to się zdarza wśród „diecezjalnych”. Może u dominikanów też się zdarza, ale ani razu jeszcze się z tym nie spotkałem.

Po szóste, pomimo zaledwie kilku dni bardzo dobrze wszyscy się poznaliśmy i zżyliśmy ze sobą. W wyniku pewnych perypetii doświadczyłem wielkiej pomocy ze strony jednego z braci (mimo niebycia w zakonie tak się nazywamy, pozytywne to).

Po siódme, nawiązując do poprzedniego – wracając rok temu jak i teraz z rekolekcji doświadczyłem czegoś niecodziennego – mimo, że pozbyłem się pieniędzy i nie byłem gotów na drogę powrotną, otrzymałem ‚od losu’ wszystko, co było mi potrzebne (głównie jedzenie i picie). Może zbiór przypadków, nie wiem, ale sugestywny i pozytywny.

Cały wyjazd, wszystkie wydarzenia i rozmowy z zakonnikami były dla mnie niesamowitym przeżyciem, pozytywnie nastrajającym i owocnym w przemyśleniach. Teraz muszę odrzucić niektóre rzeczy i uporządkować sobie życie, zawalczyć o to, by refleksje i postanowienia nie odeszły – jak to niestety było rok temu – w zapomnienie.

Jeżeli chodzi o treści konferencji i rozmów – pozwolę sobie to zachować na razie dla siebie. Muszę to przetrawić, ponadto mój przekaz z notatek byłby ułomny. Polecam przy tej okazji każdemu, kto szuka swojego powołania, aby spróbował tego typu rekolekcji. Odbywają się w paru miejscach na terenie Polski, nie trzeba jechać kilka godzin akurat tam, gdzie ja jechałem.

Teraz pozostaje do spisania część najważniejsza, przy czym czuję ogromną niemoc. Jestem świadom, jak wiele przeżyłem przez te kilka dni, i jak bardzo pozytywnie podziałały na moją kondycję duchową i sposób postrzegania życia, i jednocześnie wiem, że wszystko, co powiem (a i tak nie wszystko w tej chwili pamiętam), może zostać zupełnie inaczej odebrane. Tu jednak istotne jest własne doświadczenie, którego nikt inny poza doświadczającym nie zrozumie, dopóki sam tego nie doświadczy.

Od kiedy kazania na rekolekcjach wielkopostnych głosił jeden dominikanin, zainteresowałem się tym zakonem. Spodobał mi się… habit, ale głównie treść i forma kazań wypowiadanych przez ojca. Kilka razy z nim się spotkałem i rozmawiałem. Traktowałem to jako swego rodzaju kierownictwo duchowe lub pogawędkę na tematy mniej przyziemne. Od kilku lat – może z powodu jakichś uwarunkowań psychicznych/fizycznych albo zdarzeń z przeszłości – ciągnęło mnie do rzeczy takich jak medytacja, wyciszenie, odosobnienie. Łącząc tę ciągotę z zakonem postanowiłem udać się na obserwacje, gdzie przez kilka dni żyje się dokładnie tak samo, jak bracia i ojcowie zakonni. Liczyłem po prostu na odpoczynek i „naładowanie akumulatorów”. Niestety nie było już terminów, jeden z ojców polecił mi zatem powołaniówkę. I tak to wyszło. Rok temu byłem po maturze. Chciałem na tych rekolekcjach się zastanowić, czy wybrałem odpowiedni dla siebie kierunek studiów. Wszystko przebiegło jednak trochę inaczej… Co prawda rozmowa z duszpasterzem powołań zasugerowała mi, bym wreszcie otworzył się na bycie z drugą osobą, i skupił się na życiu codziennym, studiach, pracy, rodzinie (powiedział mi to bezpośrednio; jednocześnie warto wspomnieć, że z tego co mówi ani razu nie powiedział nikomu, czy ma powołanie do jakiegoś życia, czy nie), to jednak w czasie modlitw zacząłem odczuwać ogromną fascynację i chęć wstąpienia do zakonu. Myślałem, że mogę żyć dłużej niż tydzień na takich zasadach, jakie panowały na rekolekcjach. Niemniej wystraszyłem się tego odczucia. Po pierwsze, miałem wtedy (i nadal mam) niepełny wgląd w życie zakonne, po drugie jedna pięćdziesiątadruga roku to za mało, by przekonać się, jak może takie życie wyglądać: dzień w dzień modlitwa, nauka, praca, przez wiele lat, aż do śmierci. Odrobinę zrozpaczony prosiłem Boga o znak. Założyłem, że jeżeli nie dostanę się na studia lub jeżeli z nich odpadnę, wstąpię do zakonu. W środę albo czwartek umówiliśmy się razem z kolegą na spowiedź. Musieliśmy w tym celu wstać o szóstej rano, toteż konieczne było ustawienie budzika w telefonie. Włączyłem telefon i przyszły trzy esemesy. Od kolegów i rodziców. Z gratulacjami dostania się na wszystkie trzy kierunki, na jakie aplikowałem. Zdziwiłem się i ucieszyłem jednocześnie. Później, w rozmowie z bratem doszliśmy do wniosku, że można to traktować jako oczekiwany znak. Jednocześnie, trywialnie rzecz ujmując – jeżeli moim powołaniem jest zakon, to zapewne w końcu tam trafię. Zależy to jeszcze od otwarcia na głos Boga i rozeznawania. I tak skończył się pierwszy pobyt. Poszedłem na studia, mimo pojawiających się czasem kryzysów stan mojej wiedzy i jej ułomne świadectwo – oceny i średnia – zmieniły się niesamowicie na plus. Udało mi się skończyć rok na czysto, będę miał stypendium, więc teraz nie myślę o pracy w wakacje. Do tego poznałem dwie niesamowite (albo to na razie złudzenie, mam jednak nadzieję, że nie) dziewczyny i rozwijam z nimi znajomość. Nie, nie myślę o „czymś więcej” póki co. Po prostu się poznajemy. Piszę o tym, ponieważ przez wiele lat moją domeną był romantyzm, nieszczęśliwe zakochania i takie tam. Teraz wszystko się powoli prostuje. Ee… cokolwiek.

Teraz chcąc raz jeszcze popracować nad swoim życiem i utwierdzić się w wyborze pojechałem do Gidel ponownie. I znowu stałem się niepewny. Już spokojny, ale nadal niepewny tego, jaką mam w życiu ‚misję’ do spełnienia. Jeden z zakonników z którymi rozmawialiśmy grał wcześniej w kapeli punkowej. Inny skończył automatykę i robotykę. Jeszcze inny prawo. I ten ostatni w rozmowie, gdy opowiedziałem mu całą historię mojego rozwoju z podziałem na trzy etapy – letniej wiary, ‚nawrócenia’ i kontaktu z dominikanami – skwitował moje zadowolenie z zeszłorocznego wyboru i ze studiów mniej więcej tak: „no mi też się świetnie układało na studiach, miałem dziewczynę…”

Z powołaniem jest związane kilka problemów – otwartość na głos Boga, szukanie tego głosu, oraz możliwie dogłębne poznanie namiastki obu głównych dróg życiowych (zakonu – obserwacje, małżeństwa – bycie z drugą osobą w bliższych relacjach). Z jednej strony w pewnej chwili możemy poczuć, gdzie w wyborze między dobrym a lepszym dla nas jest to lepsze. Z drugiej zaś nigdy tego nie będziemy pewni – zdarzają się duchowni, którzy aż do chwili śmierci, każdego dnia z pewną dozą niepewności patrzyli na swoje życie. Tak samo w małżeństwie pojawiają się chwile trudu i zwątpienia. Warto przy tym wspomnieć – droga, którą się wybiera nie powinna być ucieczką, np. wywołaną jakimś zranieniem czy trudami. Po pierwsze, można ‚obudzić się’ pewnego dnia kompletnie załamanym i nieszczęśliwym; po drugie, obie drogi mają swoje trudności. Przy tym nie pozna się ich wszystkich od razu – gdyby każdemu powiedzieć, jak przebiega życie w zakonie i małżeństwie, od ślubów do śmierci, mało kto by się zdecydował na cokolwiek. Powołanie to coś, do czego Bóg nas wyznacza. Możemy je również odkryć przez to, że dana droga (np. w kontekście tym przyziemnym, jak branża w której pracujemy) sprawia nam najwięcej radości i jest z niej najwięcej pożytku dla bliźnich i nas samych. Tak bym to ujął… Jednocześnie, jeżeli ktoś nie wybierze drogi właściwej powołaniu, niekoniecznie zostanie nieszczęśliwym człowiekiem, to nie jest wybór między dobrym a złym, a między dobrym a lepszym. Jeżeli podejmiemy inną decyzję Bóg i tak jest skłonny udzielić łask potrzebnych, aby w danej drodze wytrwać.

Co jeszcze wyniosłem z tych rekolekcji, co chciałbym wcielić w życie? Niech teraz ta intymna notka pomoże mi to usystematyzować, bo ciężko mi się wziąć do roboty.

Chcę w większym stopniu skupić się na rozwoju duchowym. Poprzez modlitwy i pogłębianie swojej wiedzy. Dopiero raczkuję w tym wszystkim, ponadto wiem, że Św. Tomasza z Akwinu nie doścignę w wiedzy, ale próbować można ;). Chciałbym też wcielić w życie parę innych drobnych przyzwyczajeń, o których już nie ma co się rozpisywać, bo „gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.”

Chciałbym także jakoś usystematyzować plan dnia i uniezależnić się jeszcze bardziej od technologii, teraz na celowniku serwisy internetowe i komputer. Więcej spacerować i uprawiać sporty. Robić co jakiś czas spotkania ze znajomymi na wzór rekreacji na rekolekcjach. Dwie-trzy godziny bycia razem i poznawania się jest bardzo budujące i pomaga zacieśniać więzi.

Gwoli wtrącenia – poza zmianą spojrzenia na pewne sprawy i umocnieniem spojrzenia na inne, oba wyjazdy pomogły mi w większym stopniu uniezależnić się od telefonu i innego sprzętu; po pierwszym wyjeździe przestałem używać odtwarzacza mp3, kiedy to wcześniej przez chyba ponad rok nie wyciągałem słuchawek z uszu, dopóki nie wróciłem do domu. No i zrozumiałem ojca mojego bliskiego kumpla, który mówił mi kiedyś, że lubi po prostu usiąść w ciszy i pomilczeć.

Ostatecznie nie jestem pewien co dla mnie zaplanował Pan. Będę dalej rozeznawał, mam na to teoretycznie wiele lat; z drugiej strony im szybciej, tym lepiej. Podoba mi się zarówno życie w społeczeństwie (przy czym mocno negatywnie patrzę na rozwój ludzkości i niektóre zmiany jakie zachodzą wśród ludzi), wyobrażam sobie czasem jak bym pracował na utrzymanie rodziny i uczył swoje dzieci, ale jednocześnie podoba mi się moje wyobrażenie stylu życia dominikanów. Nie jest to zakon najbardziej surowy (kartuzi, trapiści lub karmelici bosi są jednymi z najbardziej nastawionych na pustelnictwo), a jednocześnie to on wydaje mi się być wyważeniem między słowami Chrystusa o porzuceniu wszystkiego co ziemskie dla Niego, a obcowaniem z bliźnimi; bardziej radykalnym i wyraźniejszym od małżeństwa. Ale to moje spostrzeżenia, w dodatku na razie jeszcze nie do końca odeszły pewne raniące przeżycia z przeszłości, w tym związane z kobietami, i nie uwolniłem się jeszcze od negatywnego spojrzenia na pewne aspekty dzisiejszej ludzkości (czasem mizantropii). Być może się mylę, będę rozmawiał na ten temat z paroma osobami zapewne.

Tymczasem będę kontynuował naukę na studiach, będę poznawał nowych ludzi, postaram się rozwijać w życiu duchowym i pozostaje nasłuchiwać głosu Boga.

A Tobie, Czytelniku, życzę mile spędzonego dnia, i – jeżeli podzielamy światopogląd – polecam Tobie również zastanowić się nad tym, kim jesteś, jaki jest Twój cel w życiu i jaką drogę do jego osiągnięcia poleca Tobie Pan.

Georg Friedrich Händel – Organ Concerto no. 4 in D minor (HWV 309)

Touch and Go – Tango in Harlem

Trentemoller – Take me into your skin

Trentemoller – Into the trees

Trentemoller – Klodsmajor

Dj Fresh – Living daylights II

Ave Maris Stella

Witaj, po raz kolejny krótko zajmę się tą tematyką. Prawdopodobne, że po raz ostatni w tym miesiącu. Czas zabrać się za naukę i walkę z prokrastynacją;). Chciałbym też zaznaczyć, że nie mam na celu nikogo obrażać czy o coś oskarżać, a przekazać moje spojrzenie na pewną myśl (jak każde spojrzenie, początkowo niedoskonałe).

Piszę w odniesieniu do jednego ze znalezisk na Wykopie. Coby wygenerować wzajemny ruch, coby mieć powód do napisania na blogu, i coby powoli znowu przygotować się do przerwy w siedzeniu na tym fajnym serwisie.

Czy ateista wierzy? Pomijamy tutaj wiarę w ludzi, w to co mówią, w to, że sobie z czymś poradzą, a także wiarę w idee typu sprawiedliwość.

Możemy wyróżnić kilka spojrzeń na wiarę, pomogę sobie Wikipedią.

1. W mowie potocznej wiara to przekonanie o czymś; stanowisko, pogląd, w danym momencie (przy obecnym stanie wiedzy naukowej) nie znajdujące jednoznacznego potwierdzenia w rzeczywistości.

2. W religioznawstwie polega na przyjęciu (nie)istnienia czegoś bez dowodu który by potwierdził ten fakt.

3. W epistemologii wiara to uznawanie za prawdziwe (fałszywe) nieuzasadnionego twierdzenia.

Patrząc z każdej strony – pasuje! Zwłaszcza w trzecim przypadku, który wydaje mi się najodpowiedniejszy w odniesieniu do twierdzeń dotyczących bóstw i religii wypowiadanych przez ateistów i wyznawców jakichś religii. Jeżeli twierdzenia zawarte w danej doktrynie (dotyczące np. istnienia Boga lub duszy) traktujemy jako hipotezy podlegające naukowej metodologii (nieodpowiednie), pozostaje nam właśnie wiara w ujęciu epistemologicznym – nie jesteśmy bowiem w stanie jakkolwiek zweryfikować poprzez rozum czy empirię danych tez zgodnie z naukową metodologią (nauka i – ujmijmy to ogólnie – religie, mają różny zakres). Jeżeli spojrzymy na religioznawcze znaczenie terminu „wiara”, to sam fakt, że to słowo ma teraz takie podłoże, dyskwalifikuje je w stosunku do ateistów (ateizm nie jest religią). Jednocześnie samo znaczenie pozostaje takie samo. Mowy potocznej myślę że nie trzeba rozważać.

Oczywiście ateiści lubią się denerwować, gdy ktoś mówi, że wierzą. Część z nich utożsamia słowo „wiara” z religią. Cóż, ich błąd. Część określa ateizm mianem „niewiary”. Jest to jednak tylko negacja wiary w prawdziwość tez o istnieniu jakiegoś bóstwa, nie oznacza, że wiary nie ma w ogóle. Część mówi, że w takim razie wierzymy odnośnie istnienia Zeusa, czajniczka Russela, Niewidzialnego Różowego Jednorożca, Thora, Ahury Mazdy i tak dalej. I mają rację. Bądźmy konsekwentni w tej sytuacji – podciągamy tezę o istnieniu Boga pod miano teorii naukowej, to z innymi też tak można zrobić. I w tym momencie – z powodu niesprawdzalności tych wszystkich tez – pozostaje nam wiara. Jakkolwiek absurdalnie to nie wygląda.

Możemy też pominąć ten krok dyskutowania o wszystkich nadprzyrodzonych istotach, w których istnienie niektórzy ludzie wierzą. Dlaczego jednak wtedy robić wyjątek dla judeochrześcijańskiego Boga?

Pozostawmy to osobistemu wyborowi każdego: albo rozważamy istnienie jakiegokolwiek bóstwa, wtedy możemy jedynie polegać na wierze, albo omijamy temat, jeżeli razi nas absurdalność ewentualnego „wyskoczenia” z milionami tez o innych bóstwach przez rozmówcę.

Konkludując wszystko, powiem nie wprost: nie widzę żadnego powodu poza grzecznością by nie twierdzić, że ateista przy ostatecznym rozstrzyganiu dylematu „Bóg jest – Boga nie ma” opiera się na wierze.

Pozdrawiam i życzę spokojnej nocy lub miłego dnia (zależnie od pory);).

Imogen Heap – Hide and seek; spokojna piosenka

Zap Mama – Take me coco; ech… piosenka no…

Łowcy .B i Kabaret Młodych Panów – Kawał dobrego gospla; ciekawy kabaretowy kawałek;)

Holy Ghost vs Pendulum (Baptazia); jeden z wielu wideomontaży, trzeba przyznać, że połączenie tych tańców z muzyką drum’n’bass ciekawie wypada; zastanawia mnie natura i miejsce występowania tego zjawiska (odłam/denominacja)

P.S. Czego nie napisałem, a wypada bym oddał niektórym. Istnieje różnica między „brakiem wiary w Boga” a „twierdzeniem (wiarą w to), że Bóg nie istnieje”. Drobna semantyczna gra, bowiem agnostyk także nie wierzy w istnienie Boga, ale także nie idzie w wiarę przeciwną do tej potocznie rozumianej.

Możliwe, że kiedyś spotkałaś/spotkałeś się w życiu z dylematem dotyczącym istnienia lub nieistnienia Boga. Nie zajmujmy się dziś jednak tym dylematem. Możliwe też, że kiedyś spotkałaś/spotkałeś się z różnymi serwisami, które tym problemem się zajmują, w tym serwisem racjonalista.pl, który momentami sprawia wrażenie, jakby to był główny problem do rozważań. A przynajmniej najczęściej przy jego omawianiu zostaje przytaczany.

Wszystko ok, ale dopuszczono się moim zdaniem jednego posunięcia nie fair. Otóż Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów razem z portalem Racjonalista (oba zainicjowane przez pana Agnosiewicza) przyczyniło się do powstania Internetowej Listy Ateistów i Agnostyków. Ok, ale dlaczego tak? Może się mylę, ale połączenie trzech wyżej wymienionych sugeruje twierdzenie, że racjonalista wtedy i tylko wtedy, gdy ateista lub agnostyk. Chętnie bym się wpisał jako agnostyk, ale taka równoważność jest moim zdaniem nieuczciwa z dwóch powodów:

1. Każe mniemać, że wśród ludzi innych niż ateiści i agnostycy (teiści, deiści, apateiści, panteiści itp.) nie ma racjonalistów.

2. Nie zawsze ateista lub agnostyk charakteryzuje się racjonalizmem; za przykład można podać ten elitarny klan („Jeśli więc nasze umysły są śmiertelne to po prostu Bóg nie istnieje.” – majstersztyk).

Smutne jest to, że ‚racjonaliści’ wydają się dokonywać tak rażącego uproszczenia obserwowanej rzeczywistości. Wszak odrzucając wszelkie przesłanki i domysły – traktując istnienie Boga jako naukową hipotezę – jesteśmy w kropce z powodu niesprawdzalności tejże. Pozostają domysły i przesłanki (i ewentualne ustosunkowanie się do hipotezy w formie aktu wiary w znaczeniu epistemologicznym, jak to czynią wierzący i ateiści), a ‚racjonaliści’ albo nie powinni się nimi posługiwać, albo powinni zezwolić innym mieć odmienne zdanie na bazie domysłów i przesłanek. Wypada też zauważyć, że racjonalizm – patrząc na słownikową definicję – stoi w opozycji do empiryzmu, na którym – jeśli się nie mylę – opiera się wiele nauk lub ich pewne elementy (np. w fizyce, biologii, chemii). Wiem, że poznanie rozumowe całej rzeczywistości jest niemożliwe, toteż zwracam na to uwagę. Miejsce na racjonalizm jest tam, gdzie nauki formalne jak matematyka, i tam, gdzie zbyt mały postęp technologiczny ludzkości uniemożliwia dokonywanie obserwacji i eksperymentów. Obie metody poznania powinny się uzupełniać. Może w takim razie nazwa serwisu dotyczy nie stricte racjonalizmu, a rozsądnego podejścia do rzeczywistości, to jednak nic nie zmienia w wyżej podanych dwóch punktach. Do tego, jeżeli traktować serio to, co jest napisane na Wikipedii:

Racjonalista preferuje wyraźnie w swych publikacjach światopogląd wolnomyślicielsko-racjonalistyczny. Racjonalizm i wolnomyślicielstwo rozumiane są zgodnie ze znaczeniem tych pojęć w światowym ruchu racjonalistów i wolnomyślicieli, którego Racjonalista i Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów są częścią. Wolnomyślicielstwo łączy się z podejściem adogmatycznym, wolnościowym, często także krytycznym wobec kościołów i antyklerykalnym. Racjonalizm z kolei (pojęcie szersze niż racjonalność) zakłada supremację rozumu w rozstrzyganiu wszelkich problemów, naturalizm, umiarkowany sceptycyzm, propagowanie wyjaśnień naukowych, często łączy się z areligijnością lub wręcz z krytyką religii, doktryn paranaukowych i pseudonaukowych.

Coś tu jest nie tak. Krytycyzm (powiedziałbym – niechęć) wobec kościołów, religii a także antyklerykalizm są raczej postawami, którymi nauka nie powinna się brudzić (tak samo jak nie powinna się brudzić kościołami, religiami i klerykalizmem). Do tego sam racjonalizm i empiryzm jako postawy, co wyraziłem wcześniej, nie są determinowane przez wiarę lub niewiarę odnośnie istnienia pozamaterialnej sfery rzeczywistości, tak samo jak na przykład z konformizmem i antykonformizmem lub szeregiem innych. Poza tym przydałoby się przytoczenie rozumienia „racjonalizmu” i „wolnomyślicielstwa” przez światowy ruch racjonalistów i wolnomyślicieli.

A może założyć listę teistów, deistów (i ew. agnostyków, choćby teistycznych) i – jak trzeba – jeszcze innych? Pod patronatem stowarzyszenia empirystów? Albo nie, tak po prostu listę wierzących i agnostyków. Bez zakładania, że chodzi o głębokie przemyślenie problemu (choć takie podpisy są najcenniejsze), tak samo jak Racjonalista.pl zbiera po prostu deklaracje. Możemy argumentować istnienie tej listy podobnie jak autorzy tamtej, pozwolę sobie fragmenty sparafrazować:

Każdy z odwiedzających naszą stronę zadaje sobie zapewne pytanie o powód jej powstania i sens wzięcia aktywnego udziału w naszej akcji. Czy będzie to tylko pusty gest? Czcza manifestacja? A może kryje się za tym coś więcej?

Rosnąca siła ludzi niewierzących w naszym społeczeństwie powoduje, iż publicznie eksponowane są głównie takie postawy ludzi wierzących, którzy wierzą, ponieważ za mało wiedzą o świecie, są zaślepieni wiarą i stoją w opozycji do nauki, są nieracjonalni. Ale to obraz zupełnie nieprawdziwy. Dla wielu nie urąga nauce i rozumowi, wielu obraża prezentowanie ich przekonań jako „ciemnogrodu”.

Tworząc niniejszą Listę wierzących, na którą każdy chcący się otwarcie przyznać do swego religijnego światopoglądu może się wpisać, pragniemy pokazać „wiarę” jako coś zupełnie innego niż coraz częściej przekazywany jej obraz.

Marzy nam się bowiem kraj, gdzie respektowane będą wyznawane przez nas wartości, które – jak wierzymy – są heteronomiczne. Oczywiście kraj, w którym wyznawana religia jest prywatną sprawą.

Pytani, czy w ogóle ufamy nauce, odpowiadamy: Tak, wierzymy w człowieka i potęgę jego rozumu! Wierzymy, że prawdziwa nauka wolna od ideologii pozwala coraz lepiej poznawać rzeczywistość materialną. Uważamy, że teizm lub deizm, postawy dopuszczające to, co niesprawdzalne, będące owocami wiary i przemyśleń, czasem także doświadczenia, wcale nie czynią z człowieka kukiełki w boskim teatrze, a pozwalają dostrzec w każdym człowieku piękną i wyjątkową istotę, godną życia i szacunku.

Internetową Listą Wierzących chcemy również uczcić tych, którzy potrafili oddać swoje życie za ideały, które są nam wszystkim wspólne. Jest to hołd, wirtualny pomnik dla ludzi bestialsko zamordowanych tylko dlatego, że odważyli się powiedzieć: Bóg istnieje!. Ci męczennicy, zazwyczaj licznie mordowani na świecie (nawet dziś) chrześcijanie, buddyści, a także przedstawiciele innych wyznań – swoją ofiarą dali nam możliwość śmielszego głoszenia wiary w Boga. Internetowa Lista Wierzących jest zatem kontynuacją ich dzieła. Jest również spłatą długu, który wobec nich mamy. Uważamy, że naszym moralnym obowiązkiem wobec przyszłych pokoleń jest kontynuacja drogi miłości.

Internetowa Lista Wierzących ma być ostatecznie projektem, który zgromadzi wokół siebie ludzi z różnych środowisk, ale zjednoczonych wspólną ideą. Chcemy się policzyć, by się przekonać, jaką siłą dysponujemy. Mamy nadzieję, że ILW pomoże w tym dziele umożliwiając rozsądnym Wierzącym, rozproszonym po całym kraju, dołożenie swojej cegiełki do tej budowli. I do tego Was zachęcamy.

Jest też jedna rzecz w parafrazowanym wprowadzeniu, do której powinienem się odnieść:

Ten swoisty coming out ludzi niewierzących jest naturalnym dopełnieniem , której dokonało w sposób formalny lub nie, tak wielu Polaków. Uznaliśmy, że nie wystarczy odejść i milczeć. Uważamy, że trzeba mówić i działać, by w naszym kraju dostrzeżono tych, którzy nie życzą sobie patronatu Kościoła nad Państwem. Chcemy dać możliwość głosu: żołnierzom, urzędnikom, policjantom, strażakom i innym ludziom, którzy z racji wykonywanego zawodu zmuszani są pod presją przełożonych do brania udziału w mszach i uroczystościach religijnych. Pragniemy, by swoje zdanie mogli również wyrazić wszyscy przerażeni słowami konsultantów rządowych, że gdyby Bóg chciał cesarskiego cięcia, wyposażyłby kobietę w zamek błyskawiczny.

Z tego miejsca zaznaczam – nie neguję Waszych działań, ateiści! Ale, o ironio, więcej rozsądku i mniej emocji! Ja także nie życzę sobie tego, by Kościół Katolicki (choć z tekstu nie wynika o który Kościół chodzi) niósł ze sobą teokrację czy coś w ten deseń. Konkordat mógłby być zredefiniowany (brak przywilejów finansowych, uczniowie domyślnie niezapisani na religię; inne problemy to kwestia świadomości społeczeństwa i decyzji jednostek, potrzeba rozsądku i asertywności, a przy tym nie nienawiści). Niemniej wizja, gdzie żołnierze, urzędnicy, policjanci, strażacy i inni nie mają możliwości głosu, jest koszmarna, i współczuję tym, którzy takie wizje mają. Jednak przełożonym, którzy zmuszają pracowników do angażowania się w praktyki religijne – nie róbcie tego, to uwłacza wolności oraz ludzkiej godności.

Mam nadzieję że ‚racjonaliści’ mi wybaczą, pseudomanifest wierzących (acz jak ktoś chce, to niech to wcieli w życie) tylko parafraza tekstu skopiowanego z mojego dysku. Wiem, złośliwe, ale to tylko niedorobiony polot fantazji. Ozdobnik do wpisu którego głównym celem jest drobna polemika z twierdzeniem, że racjonalizm lub racjonalizm i empiryzm lub nauka stoi w sprzeczności z wiarą i możliwością istnienia Boga. I będę się tego kurczowo trzymał.

Dobranoc;).

Siobhan Donaghy – Ghosts; przyjemna, delikatna piosenka

Oren Lavie – Her morning elegance; również pozytywna

P.S. Zapisałbym się do Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów, ale jednym z celów stowarzyszenia jest „działanie na rzecz wyeliminowania wpływu irracjonalnych ideologii na (…) działalność artystyczną”. Co jak co, ale artysta sam może decydować, co go inspiruje. Na przykład religie, albo meth. No i w deklaracji ideowej nie zgadzam się z pochodzeniem dobra i zła (nie wiem jednak od kiedy poza aksjologią i etyką nauka się bawi w wartościowanie czegoś). Pozostanę racjonalistą niezrzeszonym.

P.P.S. Gwoli ścisłości: szanuję ateistów pomimo tego, że nie zgadzam się z ich poglądami. Uważam, że jesteśmy w stanie razem żyć w pokoju w jednym społeczeństwie, jeżeli razem uwolnimy się od uprzedzeń i stereotypów, a także zaprzestaniemy rozpowszechniać nieprawdziwe informacje na temat innych (wierzący o ateistach i ateizmie, ateiści o wierzących i religiach). Jeżeli uda się nam wszystkim zrozumieć i zaakceptować, że poza metodologią naukową poznanie świata nie jest rzeczą prostą i nikt nie uzyska przez pozanaukowe poznanie monopolu na prawdę o rzeczywistości z przyczyn formalnych (być może to teiści, być może to ateiści się mylą odnośnie istnienia Boga; choć oczywiście pomimo braku monopolu na prawdę w sferze pozanaukowego poznania może jej szukać i może „czuć”, że się nie myli, co daje wyraz w swojej postawie, np. teizmie lub ateizmie). Jeżeli pozwolimy nauce rozwijać się niezależnie od ludzkich domysłów i poglądów odnośnie sfery duchowej (tylko o tej wspominam, bowiem w nauce i tak wiele rzeczy przyjmuje się na wiarę), jeżeli prawo i normy społeczne będą także bazowały na wspólnym dla wszystkich fundamencie.

P.P.P.S. Znalazłem taki oto kwiatek na Wikipedii:

Racjonalizm światopoglądowy – współczesny ruch filozoficzno-światopoglądowy zapoczątkowany w XVIII w. w krajach anglosaskich (Wielka Brytania, USA), który zakłada możliwość dojścia do prawdy z użyciem samego rozumu i doświadczenia, bez odwoływania się do czynników irracjonalnych, takich jak wiara religijna czy emocje.

Jest mi trochę przykro, że prowadzi się taką zabawę słowami. Racjonalizm światopoglądowy łączy racjonalizm i empiryzm. Czyli bodaj jedyne metody poznania dostępne człowiekowi. A jak to jest z wartościowaniem – rozum nad doświadczeniem, jak w umiarkowanym racjonalizmie, czy obie metody na równi? Cóż… wypada mi zapamiętać, i za każdym razem dyskutanta pytać, co ma na myśli mówiąc, że jest racjonalistą. Czy ogranicza się do rozumu, czy stara się być rozsądny (przepraszam za nieskromność – jak niemało także wierzących). O kant dupy cały wpis jest, jak racjonalista.pl ma na myśli racjonalizm światopoglądowy, a nie filozoficzny. Jeszcze sam serwis przekazuje (co dopiero zauważyłem):

Światopogląd wolnomyślicielski określają cztery pojęcia: racjonalizm, sceptycyzm, humanizm i filozofia naukowa. 1) Racjonalizm: typ zdroworozsądkowego myślenia i sądzenia oparty na nieskrępowaniu sądów, czyli oparty na wolnomyślności; (…)

Tym bardziej widać, że nie chodzi tu o racjonalizm filozoficzny. Zwracam honor częściowo. Tylko teraz jak zdefiniować zdrowy rozsądek?

4) Filozofia naukowa: nasz światopogląd opiera się na filozofii naukowej, czyli takiej, która wzoruje się na nauce. Filozofia taka gruntuje się na oczywistych prawdach i precyzyjnej dedukcji lub na niewątpliwych faktach i precyzyjnej indukcji.

Indukcja jest z natury zawodną metodą wnioskowania. Czasem konieczną, lecz niczego to nie zmienia. Nie można mieć zupełnej pewności co do wiarygodności indukcji.

E, kurde, wpis się pokiełbasił. Moje czepialstwo do serwisu niepotrzebne, załóżmy że czepiam się tylko listy ateistów i agnostyków.