You are currently browsing the tag archive for the ‘bełkot’ tag.

Witaj, dzisiaj znowu trochę będę lał wnętrzności, natomiast najistotniejszy element wpisu będzie mnie dotyczył tylko pośrednio. Słyszałem głosy zniechęcenia objętością głównego elementu wpisu, toteż poniżej zajawka:

„Jaki jest świat? Czy jesteśmy wyjątkowymi istotami, wyróżniającymi się świadomością i nieśmiertelną duszą, czy tylko zwierzętami na bardzo wysokim stopniu rozwoju biologicznego i skomplikowania procesów w nich zachodzących? Żeby przybliżyć ten uogólniony problem zamierzam przedstawić dwie skrajne wizje świata, taką jakby skrajnie naturalistyczną/nihilistyczną/pozytywistyczną (mam problem z kwalifikacją), która jednak mimo moich osobistych odczuć wydaje się być wcale spójną i racjonalną, drugą przepełnioną odniesieniami do niematerialnych sfer rzeczywistości, których pełne zrozumienie lub uznanie istnienia sprawia ludzkości trudność lub jest niemożliwe. (…) Problem ukazany w pierwszym zdaniu dotyczy niemało dylematów, w tym między innymi: czy Bóg jako transcendentny i immanentny byt będący przyczyną i warunkiem istnienia czegokolwiek istnieje, czy też nie? Czy wszystkie nasze czyny zależą od naszych autonomicznych decyzji, czy są tylko efektem działania fizycznych mechanizmów obecnych we Wszechświecie? (…) Po przedstawieniu obu światów postaram się znaleźć jakieś porozumienie między tymi dwiema rzeczywistościami, znaleźć ich punkty wspólne lub luki w tym pierwszym, jakie nauka lub nasza niedoskonałość pozostawia, pozwalające na większe pole manewru przy chyba dość już wysokim stopniu abstrakcji.”

I jeszcze jedna zajawka – wykaz tematów, jakie poruszam: powstanie świata, życie i jego sens, powstanie człowieka, ludzkie zachowania i interakcje międzyludzkie, zło, dobro, moralność, miłość, aborcja, eutanazja, in vitro, eugenika, Bóg, religie, dusza, determinizm. Jednocześnie w niektórych momentach trochę po macoszemu się zachowywałem zakładając, że po rozwikłaniu pewnych problemów całość staje się oczywista, toteż problemu (np. moralności) nie trzeba mocno zgłębiać. Wiem jednak, że pozostaje to do poprawki.

Mniej więcej od gimnazjum, kiedy zacząłem zastanawiać się nad życiem, mój światopogląd i zbiór wyznawanych wartości i norm moralnych przebiegał z początku burzliwie, później ustatkował się i zaczął we mnie wrastać oraz się rozrastać. Zdarzają się jednak momenty, kiedy cały ten światopogląd drży jak… hmm… no mocno drży, wpadam w straszny dysonans i tak dalej. Dlatego też, żeby nie pozwolić, aby te drgania znowu się pojawiały i zakorzeniały się we mnie, postanowiłem podjąć umysłową walkę. Relację z niej znajdziesz w pliku linkowanym niżej.

Jestem świadom, że praca posiada wiele niedoróbek, jest być może trochę niespójna, ponadto możliwe że pomyliłem się odnośnie poruszania się światła po prostej (mało znaczący element). Niemniej to jest mój pierwszy raz z dwoma światami jednocześnie i nie będę już na siłę udoskonalał tekstu. Nie ma niestety zbyt wielu przypisów, także odniosłem się parę razy do Wikipedii, która nie uchodzi za dobre źródło wiedzy. Na szczęście wnioskowanie indukcyjne jest zawodnym, ponadto korzystałem z niej w przypadkach, które nie decydują o wiarygodności całej pracy. Jest także mnóstwo spekulacji, o czym przekonasz się gdy dojdziesz do rozdziału o najkrótszej nazwie. Cóż, obecnie nie potrafię inaczej.

Jednocześnie jestem głodny opinii, komentarzy, krytyki, pochwał i obelg a także wskazówek odnośnie tekstu. Przekazałem go również profesorom filozofii i socjologii, być może zaniosę także fizykowi, aby oni swoim „szkiełkiem i okiem” całość ocenili. Jeżeli przypadkiem nie odejdę w pozanaukowe poznanie w pełni i nie zacznę żyć bez troskania się o to wszystko, to za dzieło swojego życia uznam tekst traktujący dokładnie o tym samym, ale spójniejszy, ściślejszy i bardziej precyzyjny w języku i rozumowaniu, opisujący wstępne wizje w jak najdrobniejszych szczegółach, z dużą liczbą przypisów do publikacji i książek wskazujących na tok rozumowania. Myślę że za kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt lat będę w stanie się tego podjąć na poważnie. Tymczasem przedstawiam Tobie moje swobodne rozważania.

Wojna światów (manifest irracjonalizmu?)

Mam nadzieję, że wypełni to luki powstałe przez rzadkie pisanie na blogu;). A teraz pora wracać do studiowania.

Życzę Tobie wszystkiego dobrego, dobranoc.

(i standardowo porcja filmików, tym razem większa, w imię wolności Internetu i swobodnego dostępu do dóbr kultury, TPB FTW!)

@tech-support: Dlaczego w tagach „Obama” jest z dużej litery, a „Bóg” usilnie z małej po dodaniu się robi?

P.S. Tak bez ładu i składu informuję, że oficjalnie zmieniam se avatar ze starego na nowy, do wglądu na podstronie „o blogu”. Sam Geralt i Protoss Dark Templar to było trochę ponure połączenie.

Reklamy

Nareszcie! Troszkę więcej wolnego czasu, aby rozpłynąć się w autystycznym świecie, w którym mam uruchomiony tylko mózg, wzrok oraz palce śmigające po klawiaturze… Piszę też pod wpływem prośby zawartej w komentarzu do poprzedniego wpisu.

Tym razem będzie jednak w miarę zwyczajnie, chyba. Na pierwszy ogień weźmy rzecz banalną – przykładowe zadanie z teorii obwodów. Jako że przedmiot ten jest obecny na kilku kierunkach uczelni technicznych na świecie – myślę, że choć w czyjeś poczucie humoru trafię;).

Zadanko z teorii obwodów

Rozwiąż układ (wyznacz rozpływ prądów w gałęziach) za pomocą metody prądów oczkowych lub metody potencjałów węzłowych.

Jedźmy dalej; parę dni temu udało mi się wygrzebać zdjęcie karteczki, jaką napisałem, raczej spontanicznie, tuż przed powrotną podróżą z rekolekcji powołaniowych u dominikanów. Spróbuję ją przytoczyć, tak ‚coby było’ i być może żeby pokazać, że jak się chce, to można absolutnie wszystko kontemplować i interpretować (nierzadko w dowolny sposób, ale to już inna historia):

„Na stole dwie cukierniczki – w jednej jest cukier, w drugiej zaś pustka. Otwórz jedną i ją przekontempluj; (tak się złożyło, że łyżeczka jest w tej pustej, poniekąd dobrze)

Tutaj cukier symbolizuje słodycz, pewną przyjemność, zmysłową i materialną. Pusta cukiernica nie charakteryzuje się tym, ma jednak tę przewagę, iż posiada łyżeczkę. Pomimo braku dobra materialnego posiada ona możliwość dzielenia się tym, co ma.

Przypominają mi się tu pewne zasłyszane słowa: człowiek prawdziwie bogaty to ten, do którego garną się ludzie pomimo, że ma puste ręce.

Wzmagajmy zatem, Bracia, tę zdolność dzielenia się dziś na pozór nic nie wartym, co siedzi w nas, a niematerialne.”

Tia, wiem, bełkot lekki jak u Coelho. Ale czułem potrzebę wylania tego. Proszę o wyrozumiałość.

Teraz chwila eksponowania intymniejszych myśli.

Jestem obecnie w trakcie pisania tekstu, na który sam się nakręcam i o nim trąbię, a wiem, że wyjdzie kupa, jak to pierwszymi razami bywa. I atakują mnie różne myśli i bodźce, które chcą mnie od pisania odwieźć – lenistwo, poczucie braku pełnego angażu w studiowanie, poczucie tego, że tekst będzie tylko miział poruszany temat, zmniejszona po pewnej dyskusji wiara w jego wartość poznawczą i jeszcze jedna rzecz. Otóż – biorąc sobie za autorytet Chrystusa i Dalajlamę XIV zastanawiam się, czy ma sens ta umysłowa batalia. Większości ludzi o odmiennych poglądach, którzy są ich świadomi, raczej nie przekonam. Ponadto poruszanie kwestii nieogarnialnych przez wiedzę naukową pod kątem ich racjonalności także wygląda dziwacznie. Ostatecznie, zważając na powyższe i mając w pamięci tęgie flamewary na Wykopie, zastanawiam się, czy przypadkiem najzwyczajniej w świecie tego nie olać. Tak po prostu. Rzucić refleksję, przydługie debaty i przekonywanie innych lub bronienie swoich racji, zanurzyć się w irracjonalnej wierze i żyć z dnia na dzień z pewnością w istnienie tego, w co wierzę, jednocześnie zdobywając wiedzę tylko najbardziej użyteczną (studia, w celach zarobkowych) i skupiając się na ascezie duchowo-emocjonalno-psychiczno-społecznej, jeśli można to tak sformułować. Nikogo nie prostować, nie negować, nie dyskutować, życzyć wszystkiego dobrego i kroczyć z uśmiechem swoją drogą.

Nie wiem, rzecz do przemyślenia. Na pewno muszę trochę spokornieć. Nawet jeśli nie zrezygnuję z rozważania rzeczywistości, przydałoby się trochę opanowania i ograniczenia odczuć typu „on mówi nieprawdę, muszę mu to powiedzieć”.

Idąc nieco z prądem tego podtematu i fragmentu jednej z poprzednich notek – jest jeszcze jedna rzecz, którą mam w sobie za wadę i chciałbym ją zniwelować, lub przetransformować na coś pozytywnego. Otóż są chwile, kiedy – pomimo spokoju i opanowania na co dzień – mam przysłowiową żyłkę na czole, czasami więcej symptomów agresji, w tym usta jako wyrzutnia ścierwa. Wymienię wszystko co mam w pamięci; po pierwsze, w sferach mniej materialnych, kiedy słyszę czyste slogany, manipulacje, kłamstwa i pokrętną logikę. Zwłaszcza rażą mnie te w wykonaniu antyteistów, antyklerykałów, feministek, polityków, ekologów i „racjonalistów”. Przy czym teraz małe sprostowanie od razu: co do antyteistów i antyklerykałów – mam na myśli oczywiście tych, którzy przejawiają podane w poprzednim zdaniu cechy dotyczące rozumowania i wypowiedzi. Przecież nie wszyscy są fanatykami. Osobiście z antyklerykałów i antyteistów niestety większość znam tych święcie przekonanych o swojej racji. Ale wiadomo – nie mnie generalizować. Od razu tutaj splunę pewną myślą – w przypadku fanatycznych ateistów widać pewną nieracjonalność w ich postawach, wszak umysł racjonalny powinien być otwarty na wszelkie możliwości zwłaszcza, kiedy poznanie naukowe jest bezradne. Tak, za najracjonalniejszych uważam agnostyków (żeby sobie powlewać powiem, że stanem umysłu agnostykiem jestem, pewnie z konformizmu i by być zgodnym ze swoim sądem, ale to poruszę w tekście, o którym bez sensu w kółko gadam). I chyba to też dotyczy wspomnianych „racjonalistów”, cudzysłów istotny bym nikogo niechcący nie obraził.

Idźmy dalej: feministki. Ciężki kawał chleba, zwłaszcza dla mężczyzny. Kiedy kobieta mówi Tobie, co Ci wolno, kiedy kobieta mówi Tobie co jej wolno, kiedy jej zdaniem ona może więcej od Ciebie w ramach równouprawnienia, kiedy pod tym hasłem widzi coraz większe profity dla siebie i wszelką negację seksizmu męskiego, a aprobatę dla seksizmu żeńskiego. Kiedy śliczne piersi w staniku Intimissimi uderzają w godność kobiety, a Posejdon świecący granitowym wackiem jest jak najbardziej w porządku. Nie jestem w stanie teraz przytoczyć konkretnych przykładów, niemniej jednak ludzie spędzający dość czasu w Internecie spotkali się zapewne wiele razy z podobnym rozumowaniem. To wygląda jak jakiś komunizm światopoglądowy (podobnie ponoć wyglądał komunizm w wykonaniu komunistów w czasach rewolucji – zwalenie bogatych ze stołków i zasiadanie na nich samemu).

Podobnie jest w przypadku części homoseksualistów – zamiast zaakceptować cudze racje i żyć ze swoimi racjami, nawzajem sobie w buciorach do życia nie wchodząc, urządzają parady, manifestacje, na siłę przekonują, że wszystko jest naturalne and so on. Do tego pojawia się element poprawności politycznej – kolejna rzecz, która przyprawia mnie o swędzenie dłoni. Otóż jeżeli kiedyś powiesz, że ten Żyd jest skąpy (zakładając, że akurat jest skąpy), ten gej jest chory lub że małżeństwo jest domeną mężczyzny i kobiety (masz prawo tak uważać), lub nie przepuścisz kobiety (feministki) przy wejściu, jesteś antysemitą, homofobem, szowinistą. Oczywiście dla kogoś, kto rozumuje w ten sposób i ma w poprawności politycznej upodobanie. Poprawność polityczna jest potężnym narzędziem które w ramach uniknięcia obrażania kogoś eliminuje szczerość i implikuje cenzurę. A przecież poczucie obrazy to rzecz subiektywna, ponadto zdarza się nadużywanie poprawności politycznej po prostu, gdy coś komuś nie pasuje. A, co do tego motywu z małżeństwem – jakiś czas temu miss Californii na pytanie o małżeństwa gejów/lesbijek odpowiedziała, że wierzy w małżeństwo heteroseksualne, została zmieszana z błotem przez jakiegoś geja na blogu (chyba sławny, Perez Hilton). Wyzwana od kurew i cip. Później krzewiący tolerancję przyjaciel ją przeprosił. A następnie odwołał przeprosiny i się powtórzył w obelgach. Jestem świadom, że takie zjawisko jest prawdopodobnie marginalne, niemniej jednak strasznie mnie razi. Tolerancja… jednostronna:(.

Jeszcze na moment wracając do feministek – ciekawe jest twierdzenie, czasem się pojawiające, że powinny stanowić co najmniej jakiś ustalony odsetek zatrudnionych, rządzących etc.. Urąga to uczciwości i w przypadku gdy kobieta na tym stanowisku jest nieefektywna, zmniejsza jakość świadczonych przez instytucję usług. Ale z ratunkiem przyszła kochana Unia Europejska. Jak podaje strona http://mambiznes.pl/artykuly/czytaj/id/1310 oraz jak już kiedyś chyba czytałem, „przedsiębiorcze osoby”, ale kobiety! mogą dostać do miliona euro dofinansowania. Teraz rodzi się pytanie – czy faktycznie jest to wyegzekwowany przez nie proceder? Możliwe, niektóre feministki lubią tego typu równouprawnienie. Ale czy nie jest to jednocześnie strzał w stopę? Kobieta przedsiębiorcza, ale tak niezaradna, że potrzebuje do miliona euro? Co myślą o tym kobiety? Bo nie sądzę, by mężczyźni na takie coś przystali, a jeżeli tak, to nie bez istotnego powodu, którego nie mogę póki co dostrzec, nie licząc spojrzenia z politowaniem na sponsorowaną panią businesswoman;].

Została przedostatnia grupa – politycy. Oj… co polityka potrafi zrobić z ludźmi – nie trzeba się rozwodzić. Nie lubię polityki. Czasem coś na tematy polityczne poczytam, ale nie chcę mieszać się w programy, spory i życie polityków. Poglądy polityczne to ciekawa sprawa bo można sobie rozbudować światopogląd, aczkolwiek samo babranie się w aktywności politycznej moim zdaniem to już lekka przesada. Zwłaszcza kiedy poseł czuje się jak władca, a nie jak sługa. Cokolwiek. Ale jedną rzecz pokażę, znalezioną na Wykopie, napisaną na jednym z serwisów zazwyczaj negujących osobę Prezydenta (i/lub byłego premiera, nie wiem). Jak wielu z nas myśli, Jarosław Kaczyński (i masa innych polityków) to ludzie zepsuci, pełni hipokryzji i nienawiści do swoich przeciwników. Spójrzcie jednak na stary wywiad (1993) z Jarosławem Kaczyńskim: http://www.spieprzajdziadu.com/2009/04/24/kiedys-politycy-byli-szczerzy/

Być może pokazuje to, co się dzieje z ludźmi siedzącymi w polityce. Ostatnio pewien politolog dołączył do zabawy w nią. Już widać negatywne tego owoce. Szkoda tytułu naukowego, szkoda człowieka (oczywiście zdarzają się politycy z powołania, cały czas zaznaczam tego typu rzeczy gdyż nie chcę generalizować ani by ktoś generalizował na podstawie mojego tekstu).

Do tego wszystkiego dochodzi Unia Europejska, w coraz mniej subtelny sposób próbująca robić rzeczy, których się po niej nie spodziewałem i których bym chciał uniknąć (pakietowanie Internetu, Traktat Lizboński i Karta Praw Podstawowych oraz parę innych drobnych elementów).

Końcówka – ekolodzy. Ci ‚ekstremalni’, są bowiem wśród nich ludzie rozsądni, znający granicę między dojrzałym panowaniem nad planetą, a ksenofobią, mizantropią (jeżeli tę wolno mi im przypisać) i zwykłym przewrażliwieniem i ocipieniem. Niestety tutaj na chwilę obecną nie podam przykładów, niemniej jednak spostrzegałem czasem coś analogicznego do tolerancji w wykonaniu części gejów, ale pod kątem ochraniania planety. A nie, znalazłem jeden, stary przykład: http://www.tvn24.pl/0,1584378,0,1,ekolodzy-chca-limitowac-dzieci–bo-zagrazaja-srodowisku,wiadomosc.html

Bonus 1 – wegetarianie. Ludzie niegroźni, przepełnieni miłością do zwierząt, pragnący ich dobra. Byle nie zapominali o ludziach i miłości do nich. No i nie zabijali owadów.

Bonus 2 – fanatycy religijni. Tu mam na myśli ludzi, którzy w niezrozumiały dla mnie sposób dochodzą do wniosków sprzecznych z doktryną, którą wyznają. Na ten przykład mamy wielką agresję części słuchaczy Radia Maryja skierowaną w stosunku do Niemców oraz Żydów (jednocześnie? to jak być polskim neonazistą), nieprzychylnych mediów itp… A przypominać im trzeba, co do Żydów, że sam Chrystus był Żydem. Muszę kiedyś spróbować bo to jest dla mnie niepojęte. To jak mówienie przez PiS swojego czasu o wartościach katolickich i mieszanie ludzi dookoła z błotem. Ale dla równowagi – radykalny Islam też jest moim zdaniem niefajny;].

Bonus 3 – pedofile. Przy czym nie chodzi mi o same skłonności pedofilskie, tak samo jak nie neguję samych skłonności homoseksualnych. Zauważa się, jak kiedyś w przypadku homoseksualizmu, swoiste pomylenie pojęć, kiedy to w Holandii legalnie działa partia pedofilów przekonująca do swoich racji, w tym że pedofilia jest naturalna, zdrowa, pozytywna, bezpieczna dla dzieci. Jak kiedyś w przypadku aborcji, kiedy to fanatyczna rasistka i propagatorka eugeniki Margaret Sanger (notabene feministka) próbowała popularyzować antykoncepcję i aborcję (eutanazję chyba , aby „planować rodzicielstwo”, a de facto raczej ułatwić kontrolę nad rozrodem słabszych osobników. Można o niej przeczytać na Wikipedii oraz tutaj. Wróćmy na moment do pedofilów i homoseksualistów – otóż patrząc na (to słowo przychodzi mi z trudem napisać) rozwój współczesnej moralności i sposobu myślenia przeciętnego człowieka mam wrażenie, że w niedługim czasie będziemy świadkami akceptacji pedofilii. Następnie pozostanie kazirodztwo (choć ciężko wykazać jego negatywny aspekt poza biologicznym, kiedy to ludzie skupiają się na przyjemnościach zmysłowych, czasem bez myślenia o konsekwencjach; ale nie, są prezerwatywy). Później może zoofilia i nekrofilia? Dendrofilia, koprofilia i apotemnofilia? Wszystko co nienormalne, zostanie zaakceptowane tak bardzo, że zacznie być uważane za normalne. Niebezpieczny stan.

Po raz ostatni, choć w zestawieniu z kwestią pedofilii pewnie brzmi groteskowo – proszę nie traktować moich refleksji jako generalizację. Znam po co najmniej kilku przedstawicieli każdej z tych grup (poza pedofilami; chyba że o czymś nie wiem) i wiem, że twierdzenie o ogólności moich tez jest z gruntu fałszywe. Jeszcze w międzyczasie mi się coś przypomniało – antyfaszyści czasem lubią prowokacyjne manify, niedawno też ktoś został przez paru z nich pobity; moim zdaniem zło nie daje przyzwolenia na zło. Podobne to do tego, jak mawiał Borowski do walczących o Polskę za okupacji hitlerowskiej: „przeciwstawiają nacjonalizm nacjonalizmowi”.

Teraz motyw kolejny – drażni mnie kłamstwo. Zwłaszcza to wyraźne, często celowe lub nieprzemyślane.

Drażni mnie także, oraz doprowadza do płaczu i mizantropii agresja, nienawiść i pastwienie się nad niewinnymi i/lub bezbronnymi stworzeniami – torturowanie innych ludzi, pastwienie się nad nimi (http://www.videovat.com/videos/11785/stonning-in-the-religion-of-peace.aspx ; potrafię uszanować cudze normy moralne, ale po prostu taki widok jest dla mnie nie do zniesienia), maltretowanie zwierząt (jak zobaczyłem filmik z Dustym myślałem, że gdybym wiedział, gdzie mieszka jego właściciel, wbiłbym tam i zrobił z tym właścicielem to co on ze swoim kotem)…

Jak widać jeszcze dużo mam pracy nad sobą, nie wspominając o wcześniej wymienianych wadach a także o rzeczach, które sam bym chciał w swoim życiu zmienić.

Ok, została ostatnia rzecz zanim pójdę spać. Zaiste, zasiedziałem się i znowu będę niewyspany:/.

Otóż jakiś czas temu zrobiłem zapiekanki (z mamą, ale faceci tego nie powinni mówić jeżeli tak było; tzn. z mamą zrobiłem zapiekanki, nie zapiekanki z mamą). Spodobały się koleżance, która niestety nie miała jeszcze okazji ich skosztować, ale myślę, że dodam przepis na nie do mojego blogowego-studenckiego-męskiego-zrób-to-sam zbioru. Była pizza i kurczak, no i czego chcieć więcej? Ano właśnie zapiekanek. Przejdźmy do rzeczy.

Uberzapiekanki

Potrzebujemy (jak zwykle prawie wszystko opcjonalne i w dowolnych proporcjach):

– satysfakcjonującą liczbę bagietek (osobiście z bagietki robiłem 6 zapiekanek o długości około 20cm każda, po dwóch wysiadałem), przy czym polecam zwracać uwagę na kształt, mi się zdarzały okrągłe, a te łatwo się obalają na talerzu,

– pieczarki,

– cebulę,

– oliwę z oliwek,

– pieprz i/lub inne przyprawy,

– sól,

– paprykę,

– szynkę,

– ser żółty,

– sos, np. ketchup.

Bagietkę kroimy wzdłuż na pół, następnie w poprzek tak, jak nam się podoba. Drążymy usuwając część miękkiego ciasta. W następnym kroku trzemy na dużych oczkach tarki umyte pieczarki, cebulę oraz paprykę. Dodajemy pieprz i sól, lejemy odrobinę oliwy, całość dokładnie mieszamy (przy czym zalecana, bez żadnego uzasadnienia, metoda, to mieszanie z użyciem rąk). Tak uszykowany farsz kładziemy na fragmenty bagietek. Następnie okładamy szynką pokrojoną w plastry o kształcie kostek, prostokątów lub pasków, ewentualnie również potartą na tarce. Kompozycję wykańczamy plastrami żółtego sera (warto uważać by były odpowiedniej szerokości, aby uniknąć zabrudzenia piekarnika). Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni Celsjusza (nie wiem jak w przypadku termoobiegu i mikrofalówek) około 15 minut lub do momentu „oddychania” sera i ogólnie upieczenia się zapiekanek, no. Później wyciągamy z pieca, lejemy różniste sosy i delektujemy się jednym z cudów PRL-u zanurzając zęby w chrupiącej bułce wypełnionej soczystym farszem, oblanej złocistym, stopionym serem… Tia, ale już bez zbędnego pieprzenia: smacznego;).

Zapiekanki!

Na zdjęciu wariant z kozim serem oraz pomidorami. Niemniej jednak te pomidory coś chyba za wilgotne były, bo spadały razem z serem.

Oj, rozpisałem się… Mam nadzieję że powyższy przepis wynagrodzi trud, jaki poniosłeś/poniosłaś, brnąc przez ten tekst…

Wszystkiego dobrego i spokojnej nocy:).

Zacni ludzie skończyliby w jednym zdaniu, ja nie dam rady. Zupełna improwizacja i nie wiem jak to wyjdzie, obiecuję że pierwszy podtemat kiedy indziej rozwinę.

Wstępem do głównej, jałowej części liznę sprawę sfery sacrum, inaczej zwaną poza/nad/niematerialną.

Bóg – que est que ce?

Jedni mówią, że nie istnieje, inni mówią że istnieje i jest podobny do nas, kolejni stwierdzają, że nie można tego ocenić, inni, że nie ma co się tym zajmować, zaś jeszcze inni widzą pod tym pojęciem rzeczy pasujące do ogólnych ‚boskich przymiotów’, m.in. immanencji. Za jedną z takich rzeczy można uznać energię. Przenika i podtrzymuje wszystko. I co z tego? I nic. Z pytaniem o istnienie Boga nadal stoimy. Jeśliby patrzeć na energię jako możliwy przejaw istnienia boskiej istoty, wierzący mogliby się ku temu skłonić, zaś co najmniej niektórzy niewierzący stwierdziliby chociażby „po co Bóg skoro jest energia”. Ale nie o tym chciałem pisać. Pójdźmy dalej w tym szukaniu. Do czego jeszcze można Boga porównać? Przykładową odpowiedzią, którą tutaj udzielę, jest sztampowe, przy tym być może coraz bardziej pozbawione wartości słowo. Ale nie, najpierw wstęp w postaci filmiku. Btw do napisania tego marnego posta skłonił mnie w statystykach widok odwiedzin strony po wpisaniu w wyszukiwarce „everything skit interpretacja”. No to jedziemy:

I co widzimy? Odpowiedzi są co najmniej dwie, oczywiście mam na myśli „typowe”, przy czym jedna jest możliwą do zaistnienia, kiedy odrzuca się pierwszą z pewnych przyczyn.

Wstępna interpretacja:

Widzę jakąś postać, która pobudza człowieka do życia, momentami kieruje nim, jakby wszystko od niej zależało. Wzmaga w nim emocje, ukazuje piękno życia. W pewnym momencie jednak, jak gdyby przypadkiem, człowiek odchodzi od tej postaci. Zupełnie o niej zapomina, początkowo urzeczona przyziemnymi, hedonistycznie nacechowanymi wartościami, następnie wręcz nimi zniewolona. Idzie z prądem coraz głębiej w świat pogoni za niepewnym szczęściem aż dochodzi do skraju załamania. Nagle przypomina sobie o postaci którą znał na początku, ale nie udaje mu się powrócić. Dochodzi w końcu do momentu, że determinacja w poszukiwaniu tej postaci skazuje go na ogromne cierpienie. W końcu ta postać – widząc starania – sama ratuje człowieka od zgubnego działania które wywołuje w nim dysonans i stres.

Pierwsza interpretacja:

Tą postacią jest Bóg. Człowiek urzeczony materialnymi przyjemnościami oddala się od Niego coraz bardziej, coraz bardziej gubiąc się w swoich sprawach życiowych. W końcu przypomina sobie o Bogu. Próbuje się nawrócić ale jest to zbyt trudne, wszystko co zmienił ostatnio przytłacza go i stawia na straconej pozycji. W końcu jednak dochodzi do momentu, w którym – nie wiadomo jak – wszystko zmienia się na dobre. Co można tu dodać? Odnośnie spraw życiowych, wersja dla wierzących: mawiają, że gdy Bóg jest na pierwszym miejscu, wszystko jest na swoim miejscu. I tego zdania chyba nie trzeba rozwijać.

Druga interpretacja:

Ta postać symbolizuje miłość(a może Bóg jest miłością bardziej niż metaforycznie? Może to – w platońskim stylu – ‚uosobienie’ idei miłości? Jako wierzący nie chcę się nad tym rozwlekać ale jeśli tak jest w rzeczywistości to luz). Człowiek który daje i przyjmuje miłość jest jak emocjonalne perpetuum mobile, jeśli można to tak ująć. Wszystko jest dobrze, dopóki – zwabiony przez np. nieświadomość – zacznie szukać innych wartości niż miłość, widząc pozorne dobro w tym, do czego się ucieka. W końcu zauważa, że te rzeczy są zaprzeczeniem miłości pierwotnie przez niego wyznawanej. W końcu zaczyna toczyć drastyczną walkę z samym sobą. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, na nowo odnajduje w życiu tę innego typu energię spajającą Wszechświat w ludzkim wymiarze. Wszystko wraca do pozytywnej normy, staje się klarowne i nie ma potrzeby akurat w ten przykładowy, negatywny sposób, urozmaicać sobie życia/osobowości.

Twierdzę, że ten skecz ma właśnie chociaż te dwa sposoby interpretacji – widzenie w mężczyźnie w szatach Boga, lub widzenie w nim uosobienia wartości jaką jest miłość. Albo widzenie w nim jednego i drugiego jednocześnie.

Zanim dojdę do końcowych wniosków, chciałbym coś dodać odnośnie wpisu „Czy jesteś wolnym człowiekiem?”. Otóż pamiętaj, Siostro, Bracie, by w swej wolności nie popaść też w niewolę ukazaną na filmiku. Jest ona chyba o wiele gorsza niż ograniczenia z zewnątrz w postaci norm prawnych czy sankcji społecznych, gdyż siedzi głęboko w nas, niczym język programowania niskiego rzędu, i potrafi o wiele bardziej nam zaszkodzić.

Uff… To chyba na tyle, nie wiem kiedy znowu będę miał czas napisać, jednak dużo roboty na studiach jest…

Tymczasem:

Życzę Tobie odnalezienia na nowo tego, co daje nieskończoną siłę do życia(chyba że już znalazłeś, pozostaje wtedy życzyć umocnienia). Niezależnie od tego, czy jest to dla Ciebie Bóg, czy „tylko”(a w zasadzie aż) miłość. Mnie udało się wstępnie to odnaleźć, ale jeszcze długa droga do pełnej pozytywnej przemiany.

A teraz… na dobranoc trzy utwory: