Planuję dzisiaj napisać w sumie dwa wpisy; dwa, ponieważ jeden wyjdzie chyba zbyt długi, a i ludziom patrzącym na liczbę postów na blogach wyświadczę drobną przysługę. Ponadto chciałbym podzielić je tematycznie. Nie jest jednak w pełni różowo, obecny wpis będzie w większości kalką fragmentu pracy, jaką pisałem jakiś czas temu, a którą nadal żyję. Ostatnimi czasy zauważyłem w niej (całej pracy) parę błędów, a także spotkałem się z krytyką, która powinna zniechęcić mnie do podejmowania prac udoskonalających tekst (trochę ze względu na bezcelowość samą w sobie, trochę z pysznej pozycji “obdarzonego wiedzą”, choć nadal widać, jak małą – chodzi mi np. o samą zbędność prób argumentowania możliwości istnienia Boga); niemniej proszę mi pozwolić wyekstrahować z całej pracy fragment dotyczący aborcji, w którym to starałem się temat potraktować poważnie i naukowo. Nie korzystałem z argumentów wynikających ze światopoglądów i ideologij, również jestem absolutnie otwarty (złakniony wręcz) na wszelką polemikę i krytykę – w końcu biologiem z wykształcenia nie jestem.

Nie ma pewności odnośnie tego, w jaki sposób traktować zarodek – jako człowieka, czy jako zwyczajny zlepek komórek. Nauka w tym względzie teoretycznie nie doszła do jednoznacznej odpowiedzi. Jednocześnie znalazłem w miesięczniku Focus (sprzed roku; Numer Specjalny 5/2008, „Fenomen człowieka”) następujący tekst:

Od którego momentu zaczyna się życie nowego człowieka? Naukowcy i etycy do dziś się o to spierają. Dla części z nich momentem kluczowym jest zapłodnienie, czyli wniknięcie plemnika do komórki jajowej. Wiadomo jednak, że podział zygoty zaczyna się później, a do połączenia materiału genetycznego ojca i matki dochodzi dopiero po dwóch-trzech dniach. Zdaniem prof. Jacka A. Modlińskiego, embriologa z Instytutu Genetyki i Hodowli Zwierząt PAN, dopiero wówczas powstaje właściwy zarodek, a więc nowa istota ludzka.

Z powyższego tekstu można wywnioskować, że naukowcy przestają się spierać odnośnie tego, czy kilkutygodniowy „zlepek” jest człowiekiem czy nie, a spierają się odnośnie tego, czy kilkudniowy nim jest. Załóżmy jednak, że powyższego tekstu nie przytoczyłem i jest mi on nieznany. Spróbuję uzasadnić twierdzenie, że zarodek, a tym bardziej płód, jest osobą ludzką. Postaram się przy tym unikać rozważania szczególnych zagadnień, na przykład zasadności aborcji implikowanej gwałtem, zaś uzasadnienia natury teologicznej skrócę do niezbędnego minimum, bardziej jako ciekawostki, do zaakceptowania albo odrzucenia (wszak nie wnikam w światopogląd Czytelnika). Nie będę też odnosił się do prawa, gdyż prawo nie ma mocy kreowania rzeczywistości; nie interesuje mnie również lansowane czasem uzasadnianie aborcji prawami kobiet, wolnością, aspektami społecznymi, brakiem odczuwania cierpienia przez zarodek, naturalnymi poronieniami, porównywaniem do włosów i paznokci etc., a z drugiej strony jej negowanie twierdzeniami, że Bóg jest jedynym Panem życia i śmierci, lub drastycznymi obrazami działającymi na emocje odbiorcy. To wszystko jest tematem na chyba równie obszerny wywód, ponadto na płaszczyźnie naukowej większość jest dla nas nieistotna (bardziej na płaszczyźnie etycznej/społecznej/prawnej).

Zanim jednak przejdę do uargumentowania mojego stanowiska, zastanówmy się nad kryteriami, wedle których mielibyśmy rozważać człowieczeństwo zarodka (rozumiane tutaj jako „zarodek jest człowiekiem”; stosuję „człowieczeństwo” jako zamiennik stylistyczny, ale jestem świadom, że czasem przez to słowo rozumie się coś więcej; za dużo jak na obecne rozważania). Najprościej będzie wypisać zazwyczaj przejawiające się cechy przypisywane człowiekowi, bowiem biologicznych kryteriów człowieczeństwa (bycia człowiekiem) nigdzie jak do tej pory nie znalazłem: samoświadomość, świadomość, zdolność samodzielnego utrzymania się przy życiu (niezależność), funkcje życiowe, wykształcony układ nerwowy, obecność pnia mózgu, wykształcony mózg, samodzielne podtrzymywanie życia przez organizm (oddychanie, bicie serca i tym podobne), ludzkie „kształty”, ludzki genotyp, bycie organizmem autonomicznym (oddzielnym), posiadanie uczuć lub odczuć (np. bólu), zdolność rozumowania, uczenia się.

Spójrzmy teraz na powyższe cechy w odniesieniu do zarodka.

Zarodek nie przejawia samoświadomości ani nawet świadomości, co do płodu – nie wiemy i nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić, załóżmy, że nie. Jednocześnie twierdzenie, że o człowieczeństwie decyduje samoświadomość lub świadomość skazuje na śmierć część osób kalekich, upośledzonych umysłowo (kiedy to tracą świadomość samego siebie; jeśli się nie mylę, przykładem jest okaleczenie poprzez zabieg lobotomii) lub trwających w śpiączce, lub nawet noworodki! bowiem człowiek zyskuje – najpewniej, jak mniemają psychologowie – samoświadomość dopiero między ósmym a osiemnastym miesiącem życia pozapłodowego (dokładniej w ósmym cechuje go rozróżnienie ja – nie ja, w osiemnastym jest w stanie zidentyfikować siebie w lustrze; zrobienie dziecku spełniającego to kryterium kropki na nosie flamastrem i postawienie przed lustrem nie implikuje próby zmazania jej; naukowcy wysnuli, że na przykład ta sytuacja jest warunkowana brakiem pojęcia siebie; stosowanie zatem tego kryterium mogłoby przesunąć dozwolony termin zabójstwa nie tylko do końca ciąży, ale o wiele dalej). A nawet po prostu śpiących, bo czy człowiek w trakcie snu jest świadom tego, co się dookoła dzieje, jest świadom siebie? Pójdźmy dalej.
Zdolność samodzielnego utrzymania się przy życiu – rzecz ma się analogicznie jak sprawa świadomości. Zarodek/płód jest zależny od matki i dostarczanych przez nią pokarmów. Podobnie jak kilkumiesięczne dzieci i kalekie osoby, a za kilkadziesiąt lat być może każdy człowiek wedle tego kryterium człowiekiem nie będzie w stanie samodzielnie funkcjonować (choćby w przypadku globalnej katastrofy energetycznej: przeciętny mieszkaniec miasta, przyzwyczajony do powszechnej elektroniki i zdobywania wszystkiego w zorganizowanych punktach (np. marketach), w przypadku braku prądu będzie zdany zupełnie na siebie – bez ogrzewania, bez wody w kranie, bez gazu, z gnijącym pożywieniem w sklepie pozbawionym chłodni, bez jakiejkolwiek formy kontaktu z innymi, poza mową i listami etc.).
Funkcje życiowe (wzrost, metabolizm, zdolność do replikacji i tym podobne) – zarówno człowiek, jak i płód, a nawet blastula, przejawiają je.
Wykształcony układ nerwowy – przez pewien czas zarodek nie posiada układu nerwowego. Później (w około czwartym tygodniu od zapłodnienia) tworzy się cewka nerwowa z której powstaje pień mózgu (który jest bodaj najistotniejszym jego fragmentem; mózg powstaje ok. 8. tygodnia); ludzie pozbawieni pnia mózgu praktycznie nie żyją, niemniej jednak te kryterium wydaje się być nierozstrzygające w kwestii człowieczeństwa. Istotne jest to, że w przypadku ludzi, którym usunie się pień mózgu, mamy do czynienia z ich śmiercią; zarodek/płód zaś, bez pnia mózgu wcale żyje! (przejawia funkcje życiowe) i po pewnym czasie tenże pień mózgu się pojawia; nie jest on zatem tak samo “bezwartościową kupą komórek” co pozbawiony pnia mózgu człowiek (choć bezwartościowość w przypadku zmarłego jest także dyskusyjna – vide organy na przeszczepy, ale to tylko mała dygresja).
Wykształcenie samego mózgu również nie powinno być decydujące – trafiały się przypadki ludzi nawet z poważnymi niedoborami mózgowia. Zresztą kryterium istnienia mózgu jako samodzielne kryterium jest niepoprawne, bowiem wtedy każda istota posiadająca mózg je spełnia, ergo jest człowiekiem.
Samodzielne życie – w tym przypadku zarodek także „przegrywa” z człowiekiem, niemniej żyją na świecie ludzie, którzy potrzebują aparatury do podtrzymywania życia, mimo tego jednak nie są nieludźmi (czy ktoś mówi, że ludźmi nie są? tutaj mamy problem dotyczący biologicznej definicji człowieka).
Ludzkie kształty to kryterium niegodne rozważania. Osobnik pozbawiony członków mechanicznie lub zdeformowany przez jakąś chorobę raczej nie wpasowuje się w to kryterium. Poza tym już w czwartym-piątym tygodniu zaczynają się wytwarzać: szkielet, układ mięśniowy i nerwowy, kończyny, nerki, tchawica, płuca, wątroba, trzustka, oczy i uszy, natomiast płód wyglądem zaczyna przypominać człowieka około dziesiątego tygodnia życia – co może wybitnie wczesne nie jest, ale już stawia przed znakiem zapytania powtarzane przez wielu kryterium czwartego miesiąca.
Ludzki genotyp – zarówno człowiek, jak i zarodek, posiadają go.
Autonomiczność organizmu, rozumiana w kontekście niebycia częścią innego organizmu (jak na przykład paznokcie) również zostaje rozstrzygnięta także na korzyść zarodka pomimo tego, że przebywa w macicy. Tak bowiem: ośmiotygodniowy płód w macicy nazywamy płodem, ośmiotygodniowego wcześniaka człowiekiem. Gdzie konsekwencja?
Posiadanie uczuć jako kryterium człowieczeństwa również zawodzi. Wystarczy dokonać na człowieku zabiegu lobotomii i już mamy do czynienia z człowiekiem nie cechującym się emocjami ani uczuciami.
Rozumność i zdolność uczenia się również jest kryterium zawodnym jako samodzielne, gdyż istnieją dojrzałe osobniki ludzkie posiadające problem z dwoma powyższymi. Ponadto rozumność i posiadanie uczuć to cechy, które człowiek nabywa dopiero po pewnym czasie od narodzin. Również, wbrew powszechnemu zachwytowi humanistów (mam tu na myśli część światopoglądu), nie tylko człowiek jako zwierzę jest rozumny i zdolny do uczenia się.

Zakładając, że wszystkie cechy muszą mieć miejsce jednocześnie, by stwierdzić o człowieczeństwie obiektu, dochodzimy do sytuacji „nieciekawej”. Wygląda na możliwe zaistnienie człowieka pozbawionego jednej lub wszystkich wymaganych cech: samoświadomości, świadomości, zdolności samodzielnego utrzymania się przy życiu, z niedorozwojem układu nerwowego, z poważnymi deformacjami ciała, bez uczuć i zdolności rozumowania i uczenia się. Wtedy dochodzimy do paradoksu, że człowiek nie jest człowiekiem. Natomiast stosowanie pojedynczego warunku jest nieprecyzyjne (na przykład wspomniana para: człowiek musi posiadać mózg – zwierzęta także posiadają mózg). Stąd wyżej wymienione można uznać za istotne cechy człowieka, ale nie w pełni konieczne do uznania jego człowieczeństwa. Dlatego skupię się na tym, co moim zdaniem jest najważniejsze przy próbie wykazania, że zarodek jest człowiekiem. Oczywiście nie skupię się na suchej definicji człowieka jako ssaka z rodziny człowiekowatych (bo tu znowu sprawa byłaby zbyt prosta).

Zarodek wypada uznać za organizm żywy gdyż cechują go funkcje życiowe, takie jak choćby metabolizm i podział komórkowy. Do uznania zarodka za organizm żywy będący jednocześnie organizmem ludzkim kwalifikują go także trzy istotne rzeczy:
1. Posiada on typowo ludzki genotyp.
2. Tenże genotyp jest oryginalny (względem matki i ojca), to znaczy zarodek pod względem genów nie jest integralną częścią środowiska, w którym dojrzewa, a samoistnym organizmem.
3. Należy zwrócić uwagę na definicję rozwoju osobniczego. Otóż rozwój osobniczy jest określeniem rozwoju organizmu, (według embriologii i genetyki) trwającego od momentu zapłodnienia (lub, idąc za prof. Modlińskim, od momentu rozpoczęcia podziału komórkowego z już nowym genotypem) do śmierci. Zakłada się, że rozwój (w tym przypadku człowieka), jest podzielony na etapy, płynnie i powoli przewijające się w trakcie całego życia organizmu. Nie można zatem tak po prostu stwierdzić, że zarodek/płód staje się człowiekiem w (przykładowo) czwartym miesiącu rozwoju osobniczego (co zresztą jest wg moich wniosków granicą zbyt późną).

Zauważamy, że bardzo trudne jest ustalenie w całym rozwoju osobniczym konkretnej chwili, kiedy zarodek/płód można uznać za człowieka. Jeżeli chcemy jednak skupić się na sztywnej granicy na potrzeby prawa decydującej o tym, kiedy zarodek/płód jest człowiekiem, a kiedy nie, możemy wyróżnić cztery momenty, które można uznać za początek życia ludzkiego: zapłodnienie, implantacja zarodka w macicy, rozpoczęcie podziału komórkowego i narodziny. Jeżeli przyjmiemy ostatni moment – narodziny, czyli opuszczenie łona matki – dochodzimy do wcześniej wspomnianego absurdu w sytuacji, kiedy wcześniak urodzony na przykład w ósmym miesiącu ciąży będzie uznany za człowieka, a płód o tym samym wieku nie. Teraz niezależnie od tego, który z pozostałych momentów uznalibyśmy za ten czyniący “zlepek komórek” człowiekiem – praktycznie od pierwszych dni ciąży (czego badania diagnostyczne i samopoczucie kobiety raczej nie spostrzeże) mamy z nim do czynienia.

Nie wiem, jakie są luki w całym powyższym rozumowaniu, gdyż w trakcie kilku dyskusji na temat aborcji nawet nie zostałem uraczony wnioskowaniem wskazującym na nieczłowieczeństwo zarodka, ani nawet płodu, w obliczu wcześniejszych wniosków. Niemniej jednak chętnie je poznam. Osobiście sprawę uznaję za dość jasną, ale zostawię Czytelnikowi do rozważenia, czy uzasadniłem postawione na początku twierdzenie, czy też nie. Pociągnę jednak rozważania jeszcze troszeczkę.

Chciałbym teraz odnieść się do paru z pojawiających się czasem argumentów:
1. Obcinanie włosów lub paznokci nie jest czynem równoważnym zabójstwu organizmu, gdyż te są tylko częścią człowieka, i ich usunięcie nie powoduje jego śmierci.
2. Zdarza się słyszeć, że kobieta nieświadomie dokonuje wiele razy aborcji w przypadku, gdy zapłodnione komórki jajowe lub zarodki zostaną wydalone z ciała kobiety (samoistne poronienie, uważa się, że 10-15% wszystkich ciąż kończy się nim). Otóż czynność ta organizmu jest nieświadoma i niezależna od woli kobiety, stąd też moralnie obojętna. Można powiedzieć o zabójstwie, ale nie o morderstwie. I, o ironio, nie wnosi to nic do kwestii człowieczeństwa zarodka/płodu.
3. Odczuwanie cierpienia – jak wyżej – nie jest decydującym w kwestii człowieczeństwa zarodka/płodu (może co najwyżej być dla niektórych czynnikiem uspokajającym sumienie). Zdarzają się ludzie nieodczuwający bólu, z przyczyn psychicznych/biologicznych, i nie rozważa się tego, czy są ludźmi, czy nie. Inna sprawa, że dysfunkcja ta zazwyczaj drastycznie zbliża ich do śmierci.

Jako ciekawostkę poleciłbym zauważyć, że większość zwierząt w bardzo krótkim czasie po porodzie nabywa cech potrzebnych do funkcjonowania, na przykład zdolności sprawnego poruszania się. W tym czasie człowiek potrzebuje kilku miesięcy, by od prób podnoszenia głowy dojść do etapu chodzenia i biegania na dwóch nogach, dopiero około trzynastego roku życia jest przystosowany do życia pod względem rozwoju fizycznego.

Czas na końcowe liźnięcie kwestii moralnych i światopoglądowych. Jeżeli ktoś jest osobą wyznającą światopogląd chrześcijański (katolicki?), być może buddyjski albo parę innych, to w tej sytuacji zwyczajne odniesienie do Boga jako władcy życia i śmierci każdej jednostki, lub do świętości ludzkiego życia pozwala na moralne zanegowanie aborcji. Ewentualnie jeszcze jest argument z duszy – tchnienia życia, chociaż nie wiem czy powinien być przytaczany sam, bez dodatkowego doprecyzowania. Zwierzęta i rośliny bowiem, tak przynajmniej przyjmuje się za św. Tomaszem z Akwinu, także posiadają duszę; mamy zatem znowu rozbudowany problem, którego samą obecnością duszy się nie rozwiąże. Chyba, że ktoś już przez to obdarza żyjącą istotę świętym prawem do życia (vide buddyści), ale pojawia się możliwość wystosowania zarzutu o hipokryzję wobec tak argumentujących, w świetle spożywania przez lwią część z nich mięsa zwierząt i – jak ktoś jest złośliwy – w świetle spożywania przez nich roślin. W zasadzie jednak nie potrzeba rozważać duszy w dyskusji o moralności by dokonać wizualizacji, jaką za chwilę przedstawię, a która odwołuje się do przezorności z powodu niewiedzy i powinna choć trochę zadowolić także tych, którzy w istnienie duszy lub Boga nie wierzą. Można zarodek/płód przyrównać do np. Kota Schroedingera. Albo, żeby wzmocnić przekaz, do pudełka, które jest puste albo jest w nim dziecko (nie znamy faktycznego stanu wnętrza pudełka). Pudełko zalega nam w pokoju z jakichś przyczyn. Możemy je spalić. Niemniej jednak brak pewności co do faktycznej zawartości pudełka (zakładamy niemożność otwarcia go) powinien powodować, że z ostrożności tego nie dokonamy, nie chcąc stać się prawdopodobnymi zabójcami. Tak też – jeśli mnie pamięć nie myli – polecają czasem etycy (chodzi o roztropność), na przykład Peter Vardy i Paul Grosch w książce o (błyskotliwym) tytule „Etyka”. Oczywiście nie każdego musi ta argumentacja ruszać, ale nie wnikam w to. To, co teraz napisałem, niech posłuży tylko za bodziec do rozważań. Chodziło mi w całym wypracowaniu głównie o człowieczeństwo zarodka/płodu.

Reasumując: nie widzę jednoznacznych przesłanek ku temu, by zarodka/płodu ludzkiego nie uznawać za organizm ludzki, nie miałem przynajmniej okazji do tej pory takowych usłyszeć (pomijam kwestie światopoglądowe, wyznawaną przez kogoś religię, ideologię itp.).

A kończąc ciekawostką nie na temat – usłyszałem od znajomego studiującego prawo, że jest różnica w stosowaniu “lub” i “albo”, do czego osobiście obiecuję od teraz starać się dostosować; “lub” jest słownym odpowiednikiem logicznej alternatywy, “albo” – alternatywy wykluczającej (XOR, różnica symetryczna). Jest zatem czymś innym powiedzieć “biały lub czarny”, a czym innym “albo biały, albo czarny”. W takim razie wydaje się bez sensu stosowanie (do czego również się przyznaję) fuzji spójnika “i” oraz “lub” (”i/lub”). Z drugiej strony powiadają, że traktowanie “lub” jako alternatywy albo alternatywy wykluczającej jest poprawne. Nie dojdziemy do porozumienia ;).

[serdecznie dziękuję przedstawicielce redakcji Focus za informację, z którego wydania pochodzi cytowany na początku fragment]

Reklamy