Jakiś czas temu zauważyłem tezę (o potwierdzenie lub zanegowanie której proszę), że cytat Horacego „carpe diem”, czyli „chwytaj dzień”, początkowo był rozumiany inaczej, niż obecnie; obecnie ludzie afiszujący się „carpe diem” jako swoim motto, jak przynajmniej wynika z moich doświadczeń z nimi, są nastawieni na chwytanie dnia w ujęciu „żyj szybko, umieraj młodo”. Bardzo aktywny hedonizm, intensyfikacja przyjemności, momentami przypominająca połączenie konsumpcjonizmu i zwierzęcości. Imprezowanie i spożywanie alkoholu do upadłego, czynienie sobie życia – aż do skrajności – wygodnym i nieskomplikowanym, życie nastawione na gruboponadprzeciętną produkcję endorfin z odrzuceniem jakiejkolwiek egzystencjalnej refleksji. Takie rozumowanie, jeżeli się nie mylę, jest bliższe  (choć niekoniecznie bliskie) Arystypowi z Cyreny, który z Epikurem średnio się w tym temacie „zgadzał”. Stąd teza, którą poznałem, zakładała, iż mamy chwytać dzień w bardziej „ludzki” sposób – starać się cieszyć każdą chwilą życia, żyć tak, by niczego nie żałować (żal umniejsza przyjemność), wykorzystywać „dany” nam czas maksymalnie, ale jednocześnie z rozsądkiem. No i jednocześnie dawać sobie na pewne rzeczy czas, odpoczywać… Komuś się gdzieś spieszy? „Życie jest jak bieg na sto metrów – im bardziej się spieszysz, tym prędzej osiągniesz metę” ;).

Ostatnimi czasy zastanawiam się, czy – obiektywnie patrząc – warto w ogóle namawiać do przyjęcia uchodzącej w moim mniemaniu za pierwotną wersji „carpe diem”. Świat staje się ostatnio tak skomplikowany, że być może również w tym pierwszym szaleństwie jest metoda. Niemniej polecam choćby sprawę przemyśleć ;).

Również natchnęło mnie dziś myślenie na temat sensu życia. Na filmach i przy wszelakich okazjach docierało do mnie, że jest to odwieczny problem ludzkości, którego jakoś nie można jednoznacznie rozstrzygnąć. Nie postrzegam siebie jako kogoś wybitnego, zapewne ze złych źródeł kiedyś czerpałem wiedzę, ale w moim odczuciu sens życia odnaleźć jest czasem bardzo łatwo; jednocześnie należy pamiętać, że to jest kwestia do rozstrzygnięcia przez każdego człowieka indywidualnie. A jaka jest ta banalna odpowiedź na niebanalne pytanie? To zależy od tego, co ktoś określa mianem sensu życia.

Jeżeli za sens życia pojmujemy przyczynę, to:

1. Z naukowego, obdartego z ideowości i pozanaukowej interpretacji, punktu widzenia życie jest dziełem przypadku. Tzn. hipoteza abiogenezy nie została udowodniona,  ale załóżmy, że tak wolno stwierdzić.

2. Z punktu widzenia bazującego na np. wyznawanej religii można spokojnie dowiedzieć się, co było przyczyną i/lub motywem zaistnienia życia, lub konkretniej człowieka.

Jeżeli sens życia ma oznaczać treść życia, to jest on taki, by osiągnąć cel życia.

Ostatecznie, rozpatrując sens życia jako jego ostateczny cel:

1. Z tego osobliwego punktu widzenia, który z braku właściwego określenia nazwałem naukowym, chodzi tylko o reprodukcję, przedłużenie życia genowego, czyli „nic nadzwyczajnego”, podobnie jak przyczyna życia w tym ujęciu.

2. Z przeciwstawnego punktu widzenia – tu również kwestia osobistego światopoglądu; może to być zbawienie, przyjemność, zostawienie po sobie spuścizny dla potomnych, wychowanie potomstwa na dobrych ludzi…

Oczywiście celów może być w życiu kilka, mogą mieć różne wagi, być ze sobą w różnym stopniu powiązane itd.. Można też to pojmować jako „mam coś w życiu do zrobienia”.

Przypadkiem trafiłem przy okazji na pewien tekst profesora Józefa Marii Bocheńskiego OP. Właśnie go czytam i wydaje się ciekawy i treściwy. Dla równowagi i dalszego rozeznania polecam go przeczytać. Z tego miejsca również polecam każdemu, kto przypadkiem ma problem z odnalezieniem w swoim życiu sensu/celu, aby sprawę przemyślał.

Tymczasem dobranoc ;).

Freezepop – Swimming pool

Reklamy