Po pierwsze dlatego, że jest wpisana w egzystencję każdego z nas(przynajmniej dopóki naukowcy nie dojdą do wprawy w unieśmiertelnianiu, ale wtedy raczej zdążymy sami się wybić).

Po drugie, ponieważ z racji ‚po pierwsze’ kiedyś trzeba się z nią „oswoić”, a raczej ukorzyć przed.

I tak oto w dniu pierwszego listopada(w niektórych kręgach kulturowych kiedy indziej) lokalne społeczności wyruszają legionami do nekropolii, aby paroma gestami oddać cześć zmarłym z rodziny, spośród znajomych lub wielkich ludzi. Zazwyczaj jest to znicz, wieniec kwiatów i chwila modlitwy lub zadumy.

Niektóre zaś kręgi preferują obchodzenie święta zmarłych na wesoło, ze znanych mi form takiego świętowania mogę wymienić pierwotnie celtyckie Halloween, kiedy to(zwłaszcza) dzieci przebrane za różne upiorne lub zabawne istoty ze zbioru postaci urojonych chodzą w nocy z 31 października na 1 listopada od domu do domu, składając propozycję na miarę Al Capone – cukierek albo psikus. Gdzieniegdzie odbywają się huczne parady lub imprezy, co poniektórzy(dorośli!) oddają się kolejnemu z rzędu upojeniu alkoholowemu. Cała ta otoczka(choć to ostatnie to chyba nie ścisły element tej nowoczesnej tradycji) ma na celu inaczej pokazać śmierć, raczej ją ośmieszyć i zbagatelizować, oderwać od rzeczywistości i utwierdzić w przekonaniu „śmierć to bujda”, lub – w najlepszym wypadku – „nie ma co się tym przejmować, carpe diem!”.

Obie z mainstreamowych tradycji mają swoje zalety i wady.

Pierwsza pozwala w godny i poważny sposób(choć w tłoku – imo lepiej jest przejść się na cmentarz bez okazji, ot tak, w ciągu roku) uczcić pamięć bliskich, którzy odeszli z tego świata. Druga natomiast w pewnym sensie umożliwia oswojenie się ze śmiercią poprzez zabawę. Ale niestety – przynajmniej subiektywnie patrząc – widzę w obu postawach pewne wady bazujące na obserwacjach.

Tradycja konserwatywna, dotycząca odwiedzania cmentarzy, wydaje się napawać człowieka lękiem lub smutkiem, choć tak być nie powinno. Przynajmniej jeśli chodzi o chrześcijan, co rzuca mi się w oczy, gdy patrzę na okolicę: ci wierzą, że po śmierci czeka ich co najmniej tak samo wspaniałe życie(stan duszy, niebo, lub czyściec/niebo, potem zmartwychwstanie). Ale jakoś tego nie widać, Ludzie wydają się nie pamiętać o swojej wierze i śmierć jest dla nich strasznym wydarzeniem, którego chcieliby uniknąć. Zaduma przypomina raczej jedno powtarzające się pytanie pozostawione samemu sobie: „kiedyś i mnie to spotka, co teraz? Co to będzie gdy mnie zabraknie?” lub „co poczną beze mnie bliscy i znajomi? Co ja bez nich pocznę?”. Przy tym – paradoksalnie – cała otoczka tworzona wokół tego święta – czy to przez media, czy kościoły – bynajmniej nie pomaga nie poddać się deprymującym myślom. Jeśli zaś chodzi o ludzi niewierzących(ateistów lub agnostyków, nie mam na myśli ludzi innej wiary względem Chrześcijaństwa), najprawdopodobniej i ich spotykają czasem nieprzyjemne myśli, jednak bez oparcia w postaci nadziei w życie wieczne. Patrząc w ten sposób wydaje się, że lepszym, bardziej uniwersalnym i pozytywnym wyjściem jest Halloween. Ale i tu bym się do czegoś doczepił.

Oderwanie się za to od realności śmierci może być zwyczajnym wyparciem się niechcianych wizji przyszłości, a nie oswajaniem się z nią. Do tego – mniemam – przy „pierwszej lepszej” śmierci kogoś bliskiego cała radosna otoczka może prysnąć i pojawia się ten sam problem egzystencjalny co w przypadku ludzi kultywujących tradycję nr 1.

Mnie osobiście tradycja(jedna lub druga) różnie się ima. Być może wynika to z mojej wiary, nie obawiam się w tej chwili śmierci i nie sądzę, by bliscy zmarli nie żyli(ale spokojnie, nie zamierzam „pomagać innym odnaleźć godne życie”). Na ile ten osąd jest prawidłowy – okaże się jak umrę, nie wnikam w psychologiczne teorie tłumaczące wiarę w życie pozagrobowe. Natenczas niedawno powiedziałem sobie, że mam do zrobienia kilka rzeczy i w zasadzie dobrze by po prostu było żebym z co najmniej pięciogodzinnym wyprzedzeniem wiedział o tym, że mam umrzeć. O, i przy tym – bardziej martwi mnie sama wizja ogromnego cierpienia jakie może towarzyszyć umieraniu. Ale wróćmy do samego motywu przewodniego – jak myśleć o śmierci?

Wydaje się, że i tu warto znaleźć złoty środek: zaduma – owszem, bardzo potrzebna rzecz w życiu, może nawet – nawiązując do tematu wpisu – rozmowa z innymi na poważnie. Ale przy tym nie pesymizm, raczej wspomnienie zmarłych, zastanowienie się nad celem swojej egzystencji i zrewidowanie swojego dotychczasowego życia pod kątem różnych aspektów. Do tego – już nieco bardziej halloweenowo – nie warto się zbytnio martwić samą śmiercią. Wierzący mają zaplecze w postaci nieśmiertelnej duszy, niewierzący natomiast… Odpowiem nieco pokrętnie i pośrednio, niech będzie to odpowiedź zarówno skierowana do wierzących jak i niewierzących, a przy tym jest to maksyma, którą można zastosować w chyba każdej dziedzinie życia. Jeśli dobrze kojarzę ma korzenie buddyjskie.

„Kiedy problem ma rozwiązanie – nie ma powodu do zmartwień.

Kiedy zaś nie można rozwiązać problemu – zmartwienie niczego nie zmieni.”

Uważam, że jest to wcale niezła postawa. Wszak wobec śmierci naprawdę jesteśmy bezsilni, możemy jedynie zająć się życiem.

I tutaj mam dla Ciebie radę, drogi Czytelniku.

Niezależnie od tego, czy wierzysz w życie po śmierci, czy nie: nie przejmuj się śmiercią – w końcu i tak Cię spotka, jak każdego z nas. Chwytaj dzień, ciesz się każdym aspektem życia i żyj tak, abyś umarł – nieważne, kiedy – bez żalu, strachem przed utratą kontaktów i dóbr materialnych, bez wyrzutów sumienia i/lub poczucia niespełnienia.

Reklamy