Witaj, po raz kolejny krótko zajmę się tą tematyką. Prawdopodobne, że po raz ostatni w tym miesiącu. Czas zabrać się za naukę i walkę z prokrastynacją;). Chciałbym też zaznaczyć, że nie mam na celu nikogo obrażać czy o coś oskarżać, a przekazać moje spojrzenie na pewną myśl (jak każde spojrzenie, początkowo niedoskonałe).
Piszę w odniesieniu do jednego ze znalezisk na Wykopie. Coby wygenerować wzajemny ruch, coby mieć powód do napisania na blogu, i coby powoli znowu przygotować się do przerwy w siedzeniu na tym fajnym serwisie.
Czy ateista wierzy? Pomijamy tutaj wiarę w ludzi, w to co mówią, w to, że sobie z czymś poradzą, a także wiarę w idee typu sprawiedliwość.
Możemy wyróżnić kilka spojrzeń na wiarę, pomogę sobie Wikipedią.
1. W mowie potocznej wiara to przekonanie o czymś; stanowisko, pogląd, w danym momencie (przy obecnym stanie wiedzy naukowej) nie znajdujące jednoznacznego potwierdzenia w rzeczywistości.
2. W religioznawstwie polega na przyjęciu (nie)istnienia czegoś bez dowodu który by potwierdził ten fakt.
3. W epistemologii wiara to uznawanie za prawdziwe (fałszywe) nieuzasadnionego twierdzenia.
Patrząc z każdej strony – pasuje! Zwłaszcza w trzecim przypadku, który wydaje mi się najodpowiedniejszy w odniesieniu do twierdzeń dotyczących bóstw i religii wypowiadanych przez ateistów i wyznawców jakichś religii. Jeżeli twierdzenia zawarte w danej doktrynie (dotyczące np. istnienia Boga lub duszy) traktujemy jako hipotezy podlegające naukowej metodologii (nieodpowiednie), pozostaje nam właśnie wiara w ujęciu epistemologicznym – nie jesteśmy bowiem w stanie jakkolwiek zweryfikować poprzez rozum czy empirię danych tez zgodnie z naukową metodologią (nauka i – ujmijmy to ogólnie – religie, mają różny zakres). Jeżeli spojrzymy na religioznawcze znaczenie terminu “wiara”, to sam fakt, że to słowo ma teraz takie podłoże, dyskwalifikuje je w stosunku do ateistów (ateizm nie jest religią). Jednocześnie samo znaczenie pozostaje takie samo. Mowy potocznej myślę że nie trzeba rozważać.
Oczywiście ateiści lubią się denerwować, gdy ktoś mówi, że wierzą. Część z nich utożsamia słowo “wiara” z religią. Cóż, ich błąd. Część określa ateizm mianem “niewiary”. Jest to jednak tylko negacja wiary w prawdziwość tez o istnieniu jakiegoś bóstwa, nie oznacza, że wiary nie ma w ogóle. Część mówi, że w takim razie wierzymy odnośnie istnienia Zeusa, czajniczka Russela, Niewidzialnego Różowego Jednorożca, Thora, Ahury Mazdy i tak dalej. I mają rację. Bądźmy konsekwentni w tej sytuacji – podciągamy tezę o istnieniu Boga pod miano teorii naukowej, to z innymi też tak można zrobić. I w tym momencie – z powodu niesprawdzalności tych wszystkich tez – pozostaje nam wiara. Jakkolwiek absurdalnie to nie wygląda.
Możemy też pominąć ten krok dyskutowania o wszystkich nadprzyrodzonych istotach, w których istnienie niektórzy ludzie wierzą. Dlaczego jednak wtedy robić wyjątek dla judeochrześcijańskiego Boga?
Pozostawmy to osobistemu wyborowi każdego: albo rozważamy istnienie jakiegokolwiek bóstwa, wtedy możemy jedynie polegać na wierze, albo omijamy temat, jeżeli razi nas absurdalność ewentualnego “wyskoczenia” z milionami tez o innych bóstwach przez rozmówcę.
Konkludując wszystko, powiem nie wprost: nie widzę żadnego powodu poza grzecznością by nie twierdzić, że ateista przy ostatecznym rozstrzyganiu dylematu “Bóg jest – Boga nie ma” opiera się na wierze.
Pozdrawiam i życzę spokojnej nocy lub miłego dnia (zależnie od pory);).
Imogen Heap – Hide and seek; spokojna piosenka
Zap Mama – Take me coco; ech… piosenka no…
Łowcy .B i Kabaret Młodych Panów – Kawał dobrego gospla; ciekawy kabaretowy kawałek;)
Holy Ghost vs Pendulum (Baptazia); jeden z wielu wideomontaży, trzeba przyznać, że połączenie tych tańców z muzyką drum’n'bass ciekawie wypada; zastanawia mnie natura i miejsce występowania tego zjawiska (odłam/denominacja)
P.S. Czego nie napisałem, a wypada bym oddał niektórym. Istnieje różnica między “brakiem wiary w Boga” a “twierdzeniem (wiarą w to), że Bóg nie istnieje”. Drobna semantyczna gra, bowiem agnostyk także nie wierzy w istnienie Boga, ale także nie idzie w wiarę przeciwną do tej potocznie rozumianej.

9 comments
Comments feed for this article
maj 20, 2009 @ 18:56
KuciKuci
Oj, Sroka…
Naprawdę dobrze Ci życzę dlatego dam Ci jedną radę – daj sobie spokój z walką z wiatrakami. Ateizm bierze się z zamknięcia na Boga, najczęściej z powodu jakiś urojonych żalów do Niego lub też do siebie(np. poczucie niegodności) – stąd też tyle emocji w ateistach, gdy wspomni się o Bogu. Ci, którzy zamknęli się tylko częściowo i dążą do odkrycia prawdy częściej stają się agnostykami niż ateistami. Przy okazji wspomnę o czymś istotnym – wiem, że jakieś tam zainteresowanie Buddyzmem przejawiasz, więc z pewnością słyszałeś o reinkarnacji. Oczywiście chodzi mi o taką prawdziwą, a nie bzdury często szerzone przez Europejczyków jakoby można było stać się kwiatkiem czy też motylkiem w kolejnym życiu(dusza ewoluuje). Większość syfu który w nas siedzi zdobyliśmy w poprzednich wcieleniach(a wiec żal do Boga, itp rzeczy też) – jako, że te rzeczy siedzą w naszej podświadomości, często głęboko zakopane – ludzie którzy nie zaglądają w głąb siebie nie są w stanie nawet powiedzieć dlaczego tak wiele emocji w nich wywołuje dana rzecz i dlaczego za cholerę nie wezmą pod uwagę możliwości, że to może być prawdziwe. Dlatego też nie przekonasz ich do swoich racji – oni muszą sami się otworzyć na Boga, na siłę nikomu nie pomożesz.
Mógłbym dużo pisać o różnych rzeczach, ale ograniczę się do najważniejszego. Przede wszystkim prawdziwa wiara wbrew temu co gadają przedstawiciele różnistych religii polega, nie na ślepym przyjmowaniu co tam pisze w ich świętych książeczkach albo co się objawiło jakiemuś tam ziomkowi pod wpływem jakiś transów. Powinno się wierzyć w to czego się samemu doświadczyło, a doświadczyć można naprawdę wszystkiego wbrew pozorom. Przyjmując cudzą wiarę za swoja zdradzasz samego siebie i robisz sobie bałagan w głowie. Działasz wg. czegoś czego nie czujesz. Tak nie można. Działaj w zgodzie z własnym sumieniem, zaufaj swoim odczuciom, naucz się słuchać swej intuicji i jej zaufaj. Nie szukaj Boga w świątyniach, świętych księgach, cudzych naukach… Bóg jest w Twoim sercu i cierpliwie czeka, aż w końcu wysłuchasz co ma Ci do powiedzenia. Otwórz się na Boskie prowadzenie. Może wydawać Ci się to szalone, ale na podstawie czego miałbyś sądzić, że to nie jest możliwe? Czy powołując się na nauki konkretnej religii nie zachowujesz się dokładnie tak samo jak typowy naukowiec, który opiera swoją wiedzę na założeniach stworzonych przez konkretną grupę ludzi? Oni wszyscy zakładają, że mają rację i opierają tą rację na konkretnych ogólnie przyjętych założeniach. Nie dopuszczają jednak myśli do siebie, że świat może być zupełnie inny a te założenia są błędne – i tu leży pies pogrzebany. Posłuchaj więc Boga i czerp swoją wiedzę z najlepszego źródła. Dzięki modlitwom i medytacji jest to jak najbardziej możliwe. Oczywiście nie proszę, abyś przyjmował moich słów na ślepo bo to byłoby dokładnie to samo co zmiana religii. Proponuje Ci coś takiego – znajdź każdego dnia dla siebie kilkanaście minut wolnego czasu, zrelaksuj się, zamknij oczy i skup swoją uwagę na swym sercu duchowym(na środku klatki piersiowej). Poproś wpierw Boga o oczyszczenie twoich intencji związanych z tą modlitwą(w twojej podświadomości mogą tkwić jakieś syfy, które mogą być przeszkodą) i podziękuj za oczyszczenie. Następnie módl się o to, aby Bóg wskazał Ci najlepszą dla Ciebie drogę, aby oczyścił wszystkie twoje intencje względem siebie samego, aby pomógł Ci się otworzyć w pełni na Niego samego, na prawdziwą miłość, itd. Warto sobie też wybaczyć od razu, że byłeś na to wszystko zamknięty, itp. Po wszystkim podziękuj Bogu, że już teraz spełnia Twoją modlitwę. Po skończonej modlitwie warto posiedzieć chwilę w spokoju – może już wtedy przyjdą Ci do głowy inspiracje z samej góry ^^
Kiedy pojawią się efekty modlitwy zależy tylko od twojej otwartości – może to stać się natychmiast, a może też dopiero po dłuższym czasie. To zależy od tego jakie syfy masz w podświadomości a takie rzeczy jak poczucie niegodności, z którym imo masz problem(chrześcijanie i te ich bzdety, że jesteśmy nic nie marne robaczki, że powinniśmy cierpieć bo Bóg tego chce, itd to straszny syf, naprawdę – Bóg naprawdę chce obdarowywać nas wszystkim co najlepsze, ale wbrew naszej woli nic nie zrobi – jeśli chcemy cierpieć to se cierpimy, jeśli chcemy być niegodni to jesteśmy niegodni)
Ważna rzecz to to, żeby niczego z góry nie odrzucać ani też nie przyjmować za pewnik. W przeciwnym wypadku postąpiłbyś jak typowy ateista, po których jechałeś w tym artykule – kierując się miłością(ale tą prawdziwą a nie jej spaczonym obrazem) i otwierając się na Boże prowadzenie – odpowiednie osoby, sytuacje czy źródła inspiracji same się będą pojawiać w twoim życiu. A im bardziej będziesz na to otwarty tym bardziej będziesz wręcz czuł sam z siebie co jest warte przemyślenia a co nadaje się tylko do śmieci. To jest cudowne i zapewniam Cię, że działa – wiem, bo sam tego doświadczam. I to jest w wszystkim najcudowniejsze – nie trzeba w nic wierzyć na siłę, bez dowodów – wszystkiego można doświadczyć – oczywiście nie są to dowody, które dałoby się zbadać naukowo, ale jak ktoś chce badać świat tylko umysłem, a już nie sercem to daleko nie zajdzie… Zresztą sam zobaczysz – módl się, a kiedy poczujesz to piękne ciepło na sercu(poczujesz je dosłownie, to nie jest jakaś przenośnia) będziesz wiedział, że właśnie coś się w tym sercu oczyszcza, czego Ci życzę :P
Ktoś po kimś byś i tak się tego wszystkiego nie spodziewał :P
czerwiec 9, 2009 @ 20:24
buiosu
Witaj Ziomek, kimkolwiek jesteś;). Na wstępie przepraszam za długie oczekiwanie na odpowiedź.
Jeżeli mówisz o ateistach wojujących – możliwe, że taka jest geneza ateizmu w nich. Zdarzają się bardzo rozsądni wśród nich, niemniej również wydaje mi się, że agnostycyzm jest poprawniejszą rozumowo postawą. Przy tym – co wspomnę we wpisie po sesji – problem być może bierze się z traktowania Boga jako “Boga wyjaśnień”, czyli zapychacza luk w wiedzy – taki owszem nie musi istnieć. A przecież nie o to chodzi, nie?
Buddyzm – słyszałem o reinkarnacji, owszem. Dusza ewoluuje, ale czy można mieć lepszą duszę gdy za danego życia żyło się najgorzej (moralnie) jak się dało? Nie neguję tego co piszesz, niemniej w jakiś sposób ta karma powinna być “zebrana”, czy tak? Chyba, że najwyżej jest duchowo taki sam, z tym całym syfem, który może najwyżej pod wpływem czegoś zniwelować. Bajdełej – czy Buddyzm wyjaśnia co z reinkarnacją gdy Wszechświat lub przyjazne do życia miejsca w nim przestaną istnieć? Oczywiście mam w pamięci wyżej wypowiedziane słowa o “Bogu wyjaśnień”, niemniej to tylko takia zagwozdka;).
“Dlatego też nie przekonasz ich do swoich racji – oni muszą sami się otworzyć na Boga, na siłę nikomu nie pomożesz.”
Jakoś rok temu zaczęło się to wszystko, kiedy dopiero zacząłem żyć wiarą (nawróciłem się?). Zechciałem od tamtej pory prostować wszelkie kłamstwa i manipulacje, po pierwsze dlatego, że ich nie lubię, po drugie dlatego, że to pomagało mi lepiej zrozumieć to wszystko, po trzecie dlatego, że może w ten sposób i ktoś inny by się zaczął zastanawiać. Ale oczywiście nic na siłę. Przy tym nie wiem w co iść – w poświęcanie życia by choć jeden coś przemyślał, czy raczej skupienie się na własnej ascezie widząc w tej działalności syzyfową pracę.
“Przede wszystkim prawdziwa wiara wbrew temu co gadają przedstawiciele różnistych religii polega, nie na ślepym przyjmowaniu co tam pisze w ich świętych książeczkach albo co się objawiło jakiemuś tam ziomkowi pod wpływem jakiś transów. Powinno się wierzyć w to czego się samemu doświadczyło, a doświadczyć można naprawdę wszystkiego wbrew pozorom.”
Czytałeś mój tekst w pdfie podany kilka wpisów temu? Nie neguję takiej metody poznania, które jest autonomiczne, nie neguję też jednak religii, gdyż one przez długie swoje istnienie wypracowały w sobie wiele elementów wspólnych, które wydają się być czymś, co faktycznie “jest na rzeczy”. To pomaga zasugerować się, na co w życiu zwracać uwagę.
“Nie szukaj Boga w świątyniach, świętych księgach, cudzych naukach… Bóg jest w Twoim sercu i cierpliwie czeka, aż w końcu wysłuchasz co ma Ci do powiedzenia.”
Bez urazy, ale od trzech lat coraz mocniej odczuwam, że idę w dobrym kierunku, jeżeli chodzi o rozwój duchowy, włączając w to religię (choć to chyba ma marginalne znaczenie). Jednocześnie zgadzam się z Tobą w twierdzeniu o Bogu w sercu.
“Otwórz się na Boskie prowadzenie. Może wydawać Ci się to szalone, ale na podstawie czego miałbyś sądzić, że to nie jest możliwe?”
Staram się, ostatnio mam trochę trudniej z powodu wpadnięcia po części w nowoczesny, zalatany tryb życia, niemniej próbuję, i faktycznie – kiedy czuję, że Bóg jest ze mną i pomaga mi w działaniu, czuję się niesamowicie pozytywnie.
“Czy powołując się na nauki konkretnej religii nie zachowujesz się dokładnie tak samo jak typowy naukowiec, który opiera swoją wiedzę na założeniach stworzonych przez konkretną grupę ludzi? Oni wszyscy zakładają, że mają rację i opierają tą rację na konkretnych ogólnie przyjętych założeniach. Nie dopuszczają jednak myśli do siebie, że świat może być zupełnie inny a te założenia są błędne – i tu leży pies pogrzebany.”
No właśnie prawdziwi naukowcy są tego świadomi;). Też ostatnio profesor na filozofii polecił ‘nie fetyszyzować danych naukowych’ bowiem może się za kilkadziesiąt lat okazać, że jakaś część rzeczywistości jest zupełnie inna niż obecnie myślimy. Trochę dziwnie się czuję gadając z kumplem o takich rzeczach (raczej niewielu ich wydaje się na ten temat rozmyślać), pozwól że wyjaśnię Tobie jak to u mnie jest: wierzę, że droga, którą kroczę, jest tą, która zbliża mnie do Boga. Jednocześnie nie odrzucam innych religii (w myśl sparafrazowanej przypowieści o słoniu i ślepcach, chyba buddyjskiej i nie dotyczącej religii ale pasuje tutaj), także “wiem”, że i ja mogę się mylić. Dlatego rozumowo jestem agnostykiem. A jednocześnie duchowo ciągnie mnie ku Chrześcijaństwu (jeszcze cenię etos moralny w Buddyzmie i u rastafarian), i w tym przypadku jako w jednym z niewielu nie czuję się źle jako element jednolitej w tym względzie grupy ludzi (lubię być oryginalny, zapewne o tym wiesz).
“Proponuje Ci coś takiego – znajdź każdego dnia dla siebie kilkanaście minut wolnego czasu, zrelaksuj się, zamknij oczy i skup swoją uwagę na swym sercu duchowym(na środku klatki piersiowej). Poproś wpierw Boga o oczyszczenie twoich intencji związanych z tą modlitwą(w twojej podświadomości mogą tkwić jakieś syfy, które mogą być przeszkodą) i podziękuj za oczyszczenie. Następnie módl się o to, aby Bóg wskazał Ci najlepszą dla Ciebie drogę, aby oczyścił wszystkie twoje intencje względem siebie samego, aby pomógł Ci się otworzyć w pełni na Niego samego, na prawdziwą miłość, itd. Warto sobie też wybaczyć od razu, że byłeś na to wszystko zamknięty, itp. Po wszystkim podziękuj Bogu, że już teraz spełnia Twoją modlitwę. Po skończonej modlitwie warto posiedzieć chwilę w spokoju – może już wtedy przyjdą Ci do głowy inspiracje z samej góry ^^”
Ciekawa propozycja, wygląda na pierwszy rzut oka po prostu jak połączenie modlitwy i medytacji (w formie medytacja, w treści modlitwa…?). Coś podobnego czasem czynię, to co teraz polecasz bardzo chętnie będę co jakiś czas wykonywał, aby urozmaicić dodatkowo życie duchowe.
“To zależy od tego jakie syfy masz w podświadomości a takie rzeczy jak poczucie niegodności, z którym imo masz problem(chrześcijanie i te ich bzdety, że jesteśmy nic nie marne robaczki, że powinniśmy cierpieć bo Bóg tego chce, itd to straszny syf, naprawdę – Bóg naprawdę chce obdarowywać nas wszystkim co najlepsze, ale wbrew naszej woli nic nie zrobi – jeśli chcemy cierpieć to se cierpimy, jeśli chcemy być niegodni to jesteśmy niegodni)”
Myślę tak jak Ty odnośnie woli Boga, wszak Bóg jest Miłością. Natomiast nie czuję w sobie niegodności, ewentualnie w podświadomości; w świadomości staram się być skromny i pokorny (co jednak czasem nie wychodzi^^), czasem za bardzo na siebie jadę o coś. Godzenie się z cierpieniem jest jednak czymś szlachetnym moim zdaniem, nawiązując do pierwotnie rozumianego “carpe diem” – by cieszyć się ze wszystkiego, co przynosi dzień (nie by hulać do upadłego), widzieć we wszystkim coś pozytywnego, także żyć w myśl (wypowiedziane przez Dalajlamę XIV w filmie “Siedem lat w Tybecie”, nie wiem czy prawdziwe) “gdy problem ma rozwiązanie – nie ma powodu do zmartwień; gdy problem nie ma rozwiązania – zmartwienie nic nie zmieni”. Jednocześnie jesteśmy niejako stworzeni do bycia szczęśliwymi i nie ma nic złego w dążeniu do tego.
“Ważna rzecz to to, żeby niczego z góry nie odrzucać ani też nie przyjmować za pewnik.”
Jak skwitujesz powyższe wypociny;p? Bo mam wrażenie że w mojej wierze – co widać wyżej – czuję się pewnie, ba! od jakichś sześciu lat dążę do “prawdy dot. sacrum” (zaczęło się w gimnazjum; nadal cenię zdolność poznania rozumowego, ale przestałem negować poznanie pozanaukowe). A patrząc rozumowo po prostu wiem, że może się okazać, że nie mam racji – niemniej na razie wszystko jest w porządku.
“W przeciwnym wypadku postąpiłbyś jak typowy ateista, po których jechałeś w tym artykule – kierując się miłością(ale tą prawdziwą a nie jej spaczonym obrazem) i otwierając się na Boże prowadzenie – odpowiednie osoby, sytuacje czy źródła inspiracji same się będą pojawiać w twoim życiu. A im bardziej będziesz na to otwarty tym bardziej będziesz wręcz czuł sam z siebie co jest warte przemyślenia a co nadaje się tylko do śmieci. To jest cudowne i zapewniam Cię, że działa – wiem, bo sam tego doświadczam. I to jest w wszystkim najcudowniejsze – nie trzeba w nic wierzyć na siłę, bez dowodów – wszystkiego można doświadczyć – oczywiście nie są to dowody, które dałoby się zbadać naukowo, ale jak ktoś chce badać świat tylko umysłem, a już nie sercem to daleko nie zajdzie… Zresztą sam zobaczysz – módl się, a kiedy poczujesz to piękne ciepło na sercu(poczujesz je dosłownie, to nie jest jakaś przenośnia) będziesz wiedział, że właśnie coś się w tym sercu oczyszcza, czego Ci życzę :P”
Przyjąłem. Dziękuję;].
“Ktoś po kimś byś i tak się tego wszystkiego nie spodziewał :P”
Spoko, nawet po stylistyce nie potrafię wywnioskować:/. Trudno.
Pozdrawiam, wszystkiego dobrego;).
czerwiec 12, 2009 @ 18:47
Bianka
buiosu napisał:
“Przede wszystkim prawdziwa wiara wbrew temu co gadają przedstawiciele różnistych religii polega, nie na ślepym przyjmowaniu co tam pisze w ich świętych książeczkach albo co się objawiło jakiemuś tam ziomkowi pod wpływem jakiś transów. Powinno się wierzyć w to czego się samemu doświadczyło, a doświadczyć można naprawdę wszystkiego
wbrew pozorom.”
- Wszyscy wybierający chrześcijański światopogląd powinni mieć zawsze na uwadze to, w jaki sposób Jezus Chrystus, sam uwierzytelnił Pisma, zwłaszcza, ze to On udowodnił poprzez swoje życie , śmierć i zmartwychwstanie, że jest największym ekspertem od prawdziwej wiary:
- Pan Jezus powiedział do uczniów: Łuk. 24:25-27
O głupi i gnuśnego serca, by uwierzyć we wszystko, co powiedzieli prorocy.
Czyż Chrystus nie musiał tego wycierpieć, by wejść do swojej chwały?
I począwszy od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co o nim było napisane we wszystkich Pismach.
- również zaznaczył: Mat. 22:29
Błądzicie, nie znając Pism ani mocy Bożej.
Jezus Chrystus wyraźnie dał do zrozumienia Jego uczniom, a przy innej okazji i tym, którzy się Mu sprzeciwiali, że podążanie za Bogiem oznacza zawsze podążanie za Jego objawieniem.
Również osobiste doświadczenie musi iść z tym objawieniem w zgodzie, by mieć pewność, że nie jest się zwiedzionym. W tej kwestii nic się do dzisiaj nie zmieniło.
czerwiec 13, 2009 @ 22:53
KuciKuci
O, fajnie że wygląda to u Ciebie właśnie tak a nie inaczej. Ogólnie Ci powiem, że szeroko pojęty rozwój duchowy jest o tyle zabawny, że w wyniku poszerzania świadomości na temat tego jak zbudowany jest świat, itd. co jakiś czas wywalasz sporą część światopoglądu o 180 stopni. Już nawet teraz pewnie bym miał inną opinie na temat kilku szczegółów o których wspomniałem w pierwszym komentarzu, ale o to właśnie chodzi – rozwalanie kolejnych iluzji przesłaniających rzeczywistość.
Generalnie ostatnio odkryłem w sobie, że mam trochę zbyt sztywne podejście do niektórych spraw – doszedłem teraz do wniosku, że jednak każda religia i każda ścieżka duchowa jest dobra dopóki zbliża do Boga. Nie można jednak na ślepo przyjmować wszystkich jej założeń bo to już jest ograniczenie, które w pewnym momencie nie pozwoli Ci iść dalej.
Co do karmy, reinkarnacji – bardzo ważna jest tzw. świadomość lustra, a więc tego że WSZYSTKO co spotyka nas w życiu to odbicie tego co mamy w umyśle. Wierzysz, że nie zasługujesz na bogactwo? To go nie będziesz miał, choćby nie wiem co. Uważasz, że świat jest niebezpieczny? Proszę bardzo, życie Ci wykreuje niebezpieczne sytuacje aby Cię przekonać, że masz rację. Każdy z nas ma moc kreacji, która działa na podstawie tego co mamy w podświadomości. Dlatego jeśli określamy to jak wygląda życie na podstawie tego co nas spotyka to mamy błędne koło – nie zrozumiemy wtedy, że nasze życie wygląda dokładnie tak jak chcemy aby wyglądało. Oczywiście nie wystarczy powiedzieć “chce być bogaty”, aby być bogatym. Wpierw musi to podświadomość utrwalić a to może wymagać częstego jej powtarzania – dlatego należy uważać na to co myślimy o sobie. Jeśli powtarzasz sobie, ze jesteś głupi i brzydki to zgadnij w co się pakujesz :P A najlepsze jest to, że nie wiedząc że Twoje głupie myśli powodują taki stan i go pogłębiają – załamujesz się jeszcze bardziej, masz jeszcze gorsze myśli, co nakręca wesołą karuzelę. Podejrzewam, że właśnie po to jest reinkarnacja – jak ktoś się nakręci za bardzo w beznadziejną sytuację, to już tylko nowe narodziny i wykasowanie starej pamięci może mu pomóc. :P
Co do karmy – jak Jezus mądrze nauczał “co zasiejesz, to zbierzesz” – wszystkie Twoje uczynki wracają do Ciebie w różnistej postaci. Te uczynione przeciwko sobie także. Tak zwana zasługa karmiczna przechodzi do następnych żyć i jeśli np. ćpałeś sobie przez kilka lat, to nie zdziw się jeśli w następnym życiu urodzisz się z uszkodzonym mózgiem :P Pisać o karmie można wiele, sam wciąż odkrywam jeszcze różne niuanse prawa karmy, więc nie będę się rozpisywał za bardzo.
Co do reinkarnacji – wierze w nią z prostej przyczyny – mam dowody na jej istnienie. W skrócie – przez wiele wcieleń bawiłem się w pseudorozwój duchowy, zamykałem się po klasztorach, itd. i przy okazji nauczyłem się wielu różnych typów medytacji, m.in. medytacji wykorzeniania polegającej na tym, aby sięgnąć do wydarzeń z poprzednich wcieleń i oczyścić konkretne intencje związane z tym wydarzeniem.(ważna rzecz to to, że nieoczyszczane intencje działają co życie, czyli co życie odgrywamy te same intencje tak długo aż ich nie oczyścimy, dlatego też sięganie do poprzednich żyć nie jest konieczne jednak :P). Jako, że pamięć wszystkich poprzednich żyć jest zapisana w podświadomości to nie jest to problem. Wiele ludzi ma różne przebłyski, czy uczucie deja vu np. oglądając jakiś film czy podczas konkretnej sytuacji w życiu, ale nie traktuje tego poważnie ani nawet nie zwraca na to uwagi z wiadomych względów. Wracając jednak do dowodów – otóż czasami podczas takiej potrzeby załącza mi się spontanicznie stan regresywny(który można też wywołać świadomie poprzez zwykłe… oddychanie) i podczas rozmowy z kumplem, który także zajmuje się rozwojem wyszły nam już niejedne wspólne syfy. Polega to na tym, że po prostu przypominam to sobie jak wspomnienie sprzed lat, ale bardzo zamazane – czasami widzę jakiś obraz, czasami tylko potrafię powiedzieć co się dzieje. Teraz kluczowa kwestia – skąd pewność, ze nie są to urojenia? Dowód nr 1 – przypominanie sobie uczestnictwa w różnych rytuałach buddyjskich, znajomość ich nazw i samego wykonania mimo, że nigdy o nich nie słyszałem i dopiero w Internecie sprawdziłem, że się zgadza(w życiu nie interesowałem się buddyzmem i nie miałem pojęcia nawet o podstawowych założeniach). To jednak jeszcze nic wobec dowodu nr. 2 – przypominałem sobie zdarzenia dotyczące mnie i mojego kumpla i zanim zdążyłem mu o tym napisać – on mi pisał opisując dokładnie to samo. np. widzę, że leżę podczas jakieś bitwy, obok mnie stoi właśnie ten kumpel, na głowie ma złoty hełm ze skrzydełkami – po chwili kopie mnie z buta w żebra i wbija mi włócznie w brzuch. I teraz wyobraź sobie, że zanim zdążyłem cokolwiek mu napisać o tej wizji, on mi piszę wiadomość, że właśnie to zobaczył wymieniając mi przy okazji złoty hełm ze skrzydełkami, kop w żebro i włócznię wbitą w brzuch – nie powiesz mi, że to przypadek albo że udało mu się zgadnąć :P Generalnie czasami przez gg prowadziliśmy sobie rozmowy przypominając sobie różne zdarzenia i odkrywając kolejne rzeczy. A najlepsza rzecz jest jak oczyścisz konkretne intencje i puścisz przy okazji jakieś obciążenia z tym związane. Ja np. zginąłem w niewoli dysząc żądzą zemsty do mojego oprawcy. Pamiętam, że miałem wtedy połamane nadgarstki podczas tortur a potem jeszcze na dodatek kajdany, które przez wiele dni sprawiały mi straszny ból. Kiedy po przypomnieniu sobie tego wybaczyłem sobie i mojemu oprawcy – natychmiast przestało mi strzykać w nadgarstkach :P
A wiesz co jest w tym wszystkim najlepsze? Od kilku miesięcy moje życie jest pełne takich “cudów” i stały się one dla czymś całkowicie normalnym – w sumie to są czymś całkowicie normalnym :P Po prostu nie ma dnia, żeby nie zdarzyło się coś pięknego czy też nie zmieniło się we mnie coś na lepsze. Każdego dnia sobie coś uświadamiam, każdego dnia coś uzdrawiam w sobie.
“Zechciałem od tamtej pory prostować wszelkie kłamstwa i manipulacje, po pierwsze dlatego, że ich nie lubię, po drugie dlatego, że to pomagało mi lepiej zrozumieć to wszystko, po trzecie dlatego, że może w ten sposób i ktoś inny by się zaczął zastanawiać.”
To jest Syzyfowa praca – najpierw pomóż sobie, to nic złego jeśli właśnie na sobie się skupisz – zobaczysz, że ludzie z Twego otoczenia się zmieniają widząc jak Ty się zmieniasz. Bądź dla nich inspiracją a świata nie zmieniaj na siłę, bo w ten sposób nie dasz rady – zostaw to Bogu, zaufaj mu że On wie co robi, nie próbuj Go wyręczać :P I przy okazji – ważna rzecz, że to co nas denerwuje w innych to coś czego nie akceptujemy w sobie, niekoniecznie bezpośrednio ale jest to zawsze jakoś związane z tym(stąd się właśnie bierze tak powszechna hipokryzja). Ja widzę coraz bardziej że cały wszechświat jest doskonale skonstruowany pod każdym względem. Życie to gra intencji – każdy dostaje to co chce dostać. np. jeśli Ty masz intencje aby dostać wpierdol(np. w ramach poczucia winy Ci się załączyło bo w poprzednich życiach byłeś bad assem) to kiedy trafisz na kogoś kto ma intencje, aby dać komuś wpierdol(bo aktualnie jest bad assem :P) to Wasze intencje się idealnie zgrywają i w efekcie zachodzi niemiła sytuacja. Gdybyś nie miał takich intencji to ten ktoś idąc ulicą “przypadkiem” wybrałby sobie inną ofiarę. Tak właśnie działa świat – każdy dostaje co chce dostać.
“w poświęcanie życia by choć jeden coś przemyślał, czy raczej skupienie się na własnej ascezie widząc w tej działalności syzyfową pracę.”
Dude, tylko nie asceza – ja do dzisiaj ponoszę niemiłe skutki ascetycznych praktyk – baw się tylko w to co dobre. Wiesz jak idealnie sprawdzać czy ogólnie coś jest dobre? Pytasz się siebie czy dana rzecz byłaby dobra jednocześnie dla Ciebie jak i dla innych. Uważasz że cierpienie dla innych jest dobre? Nie? To czemu dla Ciebie miałoby by być? Zastanów się nad tym :P Dawanie tego co dobre tylko sobie to jeden skrajny i nieciekawy pogląd. A właśnie dawanie tylko innym tego co dobre to drugi. Każdy zasługuje na wszystko co najlepsze – Ty też. Szczerzę Ci radzę – odpuść sobie poznawanie Boga poprzez jakiekolwiek negatywy – cierpienie, samotność, itd. Czym jest Bóg? Miłością. No to na miłości się skupiaj :P
Będąc bodhisattwą(taki mnich – kolejne pojęcie, które raz sobie przypomniałem nie mając o nim pojęcia :P) bawiłem się w medytacje wymiany polegająca w skrócie na przyjęciu na swoje barki cierpienia całego świata, aby ulżyć temu światu. Mimo, że było to w czasach przed Chrystusem(prawdopodobnie, ale nie mam pewności) do dzisiaj to na mnie działało dosyć silnie, a sprawiło to, że sporo wcieleń przesiedziałem w klasztorach umęczając się, nieraz byłem księdzem a raz nawet się ukrzyżowałem i wyjąc z bólu jeszcze z radością wrzeszczałem, że idę do Królestwa Pana – jak widać – nie wyszło, skoro siedzę tutaj nadal :D
“Bez urazy, ale od trzech lat coraz mocniej odczuwam, że idę w dobrym kierunku, jeżeli chodzi o rozwój duchowy, włączając w to religię (choć to chyba ma marginalne znaczenie). Jednocześnie zgadzam się z Tobą w twierdzeniu o Bogu w sercu.”
Ależ właśnie o to chodzi – żebyś podążał w zgodzie z samym sobą, a nie wg tego co mówią inni. Każda ścieżka jest dobra, dopóki jest Twoją ścieżką. ^^
“kiedy czuję, że Bóg jest ze mną i pomaga mi w działaniu, czuję się niesamowicie pozytywnie.”
O, to jest właśnie baaaardzo dobra rzecz- świadomość, że Bóg jest z nami w każdej chwili życia.
“i w tym przypadku jako w jednym z niewielu nie czuję się źle jako element jednolitej w tym względzie grupy ludzi (lubię być oryginalny, zapewne o tym wiesz).”
A pomyślałeś o tym, żeby po prostu nie wyznawać żadnej religii? Czerp to co najlepsze z nich wszystkich, każda z nich ma coś mądrego i inspirującego. Niestety też każda z nich ma różne niepotrzebne ograniczenia czy bzdurne rytuały, które mogą powodować tylko bałagan w głowie. Nie potrzebujesz być przypisany do jakiejś formalnej organizacji, aby mieć kontakt z Bogiem. Po co się ograniczać do jednego spojrzenia? Zresztą zrobisz jak chcesz ;P
“Ciekawa propozycja, wygląda na pierwszy rzut oka po prostu jak połączenie modlitwy i medytacji (w formie medytacja, w treści modlitwa…?). Coś podobnego czasem czynię, to co teraz polecasz bardzo chętnie będę co jakiś czas wykonywał, aby urozmaicić dodatkowo życie duchowe.”
Tak, to właśnie takie połączenie medytacji z modlitwą – taka chwila na wyciszenie i otwarcie się na inspiracje najwyżej jakości. Chociaż imo i tak najlepsze są spontanicznie modlitwy kierowane do serca – te się zawsze spełniają ;P Kierowanie modlitwy ogólnie do Boga sprawia, że modlitwa trafia ale do naszego wyobrażenia do Bogu, które niekoniecznie musi się pokrywać z rzeczywistością. Dlatego modląc się do tego Boga, który jest w sercu mam pewność, że modlitwa trafia tam gdzie trzeba nawet jeśli moje wyobrażenie o Bogu jest dalekie od rzeczywistego.
“w świadomości staram się być skromny i pokorny”
Zapewne przesadnie jak i ja kiedyś chciałem – chrześcijańskie naleciałości, pamiątka po poprzednich życiach. Jeśli ta pokora ma polegać na podejściu “jam jest nędzny robak, kajam się Panie! Wybacz że się odzywam do Ciebie i mam czelność Cię prosić o cokolwiek!” to lepiej sobie odpuścić taką jej formę :P
“Godzenie się z cierpieniem jest jednak czymś szlachetnym moim zdaniem”
godzenie się z cierpieniem sprawia, że jesteś otwarty by je otrzymywać więc je dalej otrzymujesz, a gdybyś pozwolił cierpieniu po prostu odejść to byś zrobił miejsce na miłość i inne uczucia najwyższej jakości uosabiające Boga :P
“Spoko, nawet po stylistyce nie potrafię wywnioskować:/. Trudno.”
Jak chcesz to możemy pogadać na gg, bo nie che mi się pisać całych elaboratów. Nie wiem czemu poczułem straszna potrzebę, aby akurat Ciebie “nawracać” – podejrzewam wspólną karmę(btw przynajmniej połowa osób, która ma dla Ciebie jakiekolwiek znaczenie, ma z Tobą wspólne obciążenia karmiczne, które warto uzdrowić – dusze się odnajdują wzajemnie z rożnych powodów – stare obietnice, chęć zemsty, itd.) Jak chcesz porozmawiać to daj znać, albo sam napisz jak się domyślisz kto ja jestem(nic dziwnego że po stylu nie poznajesz, jak w ciągu 3 miesięcy stałem się zupełnie inną osobą :P). jak Ci się uda, to zarobisz paczkę rodzynek w czekoladzie :P
czerwiec 14, 2009 @ 20:55
buiosu
@KuciKuci:
Witaj;).
Tymi rodzinkami się zdradziłeś:P.
“A wiesz co jest w tym wszystkim najlepsze? Od kilku miesięcy moje życie jest pełne takich “cudów” i stały się one dla czymś całkowicie normalnym – w sumie to są czymś całkowicie normalnym :P Po prostu nie ma dnia, żeby nie zdarzyło się coś pięknego czy też nie zmieniło się we mnie coś na lepsze. Każdego dnia sobie coś uświadamiam, każdego dnia coś uzdrawiam w sobie.”
To jest piękne ^^. Ja od paru tygodni mam duchowy zastój ale mam zamiar to odbudować jak najmocniej przez wakacje. Jakoś od pewnego miesiąca tym roku akademickim miewam tak, że nawet patrzenie na niebo/chmury albo liście (zielone:P) rozświetlone promieniami Słońca potrafią we mnie wywołać niesamowitą radość; pośrednio związane z tematem.
“To jest Syzyfowa praca – najpierw pomóż sobie, to nic złego jeśli właśnie na sobie się skupisz – zobaczysz, że ludzie z Twego otoczenia się zmieniają widząc jak Ty się zmieniasz. Bądź dla nich inspiracją a świata nie zmieniaj na siłę, bo w ten sposób nie dasz rady – zostaw to Bogu, zaufaj mu że On wie co robi, nie próbuj Go wyręczać :P”
Trafne spostrzeżenie, chyba skorzystam. Ale najpierw muszę się wyzbyć tych przywar i iść w stronę Chrystusa i Dalajlamy ;].
“Dude, tylko nie asceza – ja do dzisiaj ponoszę niemiłe skutki ascetycznych praktyk – baw się tylko w to co dobre.”
Hmmm… Bez przesady, nie rozumiem teraz ascezy jako umartwiania się i biczowania;). Choć w przypływach negatywnych emocji albo np. po lekturze pewnych rzeczy (np. jestem w trakcie czytania manifestu Teda Kaczyńskiego, anarchoprymitywisty) mam ochotę porzucić w jak największym stopniu system i społeczeństwo (całkowicie się nie da). Właśnie po to, by nie cierpieć. A wynikłe z tego cierpienia byłbym w stanie znieść. Oczywiście brak mi odwagi i być może nigdy tego nie zrobię. A najlepiej by było gdyby dość “zasilało” mnie takie życie przez kilka tygodni w roku, wtedy wszystko by było pogodzone.
“Uważasz że cierpienie dla innych jest dobre? Nie? To czemu dla Ciebie miałoby by być? Zastanów się nad tym :P”
Nie uważam że cierpienie jest tylko dobre czy tylko złe. Potrafi być uciążliwe, ale też potrafi uszlachetnić, doświadczyć, wyćwiczyć.
“Dawanie tego co dobre tylko sobie to jeden skrajny i nieciekawy pogląd. A właśnie dawanie tylko innym tego co dobre to drugi. Każdy zasługuje na wszystko co najlepsze”
Agree.
“Szczerzę Ci radzę – odpuść sobie poznawanie Boga poprzez jakiekolwiek negatywy – cierpienie, samotność, itd. Czym jest Bóg? Miłością. No to na miłości się skupiaj :P”
Wiem x]. Przemyślę to wszystko w wakacje, wyjeżdżam na jakiś czas na prawie pełną samotnię do zacisznej wioski pół Polski dalej. Mimo wszystko cisza jest chyba najlepsza dla odpoczynku duszy. W dzisiejszym, cywilizowanym świecie nasz czas jest marnowany albo wręcz zjadany przez nas samych lub przez szeroko pojęty “system”.
“Będąc bodhisattwą(taki mnich – kolejne pojęcie, które raz sobie przypomniałem nie mając o nim pojęcia :P) bawiłem się w medytacje wymiany polegająca w skrócie na przyjęciu na swoje barki cierpienia całego świata, aby ulżyć temu światu. Mimo, że było to w czasach przed Chrystusem(prawdopodobnie, ale nie mam pewności) do dzisiaj to na mnie działało dosyć silnie, a sprawiło to, że sporo wcieleń przesiedziałem w klasztorach umęczając się, nieraz byłem księdzem a raz nawet się ukrzyżowałem i wyjąc z bólu jeszcze z radością wrzeszczałem, że idę do Królestwa Pana – jak widać – nie wyszło, skoro siedzę tutaj nadal :D”
Rozumiem że w takim razie nirwana pozostaje ^^?
“godzenie się z cierpieniem sprawia, że jesteś otwarty by je otrzymywać więc je dalej otrzymujesz, a gdybyś pozwolił cierpieniu po prostu odejść to byś zrobił miejsce na miłość i inne uczucia najwyższej jakości uosabiające Boga :P”
Miłość przez cierpienie też może wzrastać, think ’bout it;). Zgodzę się, że wiele z cierpień jakie nas spotyka wygląda bezcelowo i zbędnie, niemniej są takie, przy których lepiej powiedzieć “co cię nie zabije to cię wzmocni”. A przy tym – owszem – jeśli jest możliwość minimalizacji tego cierpienia, warto to uczynić. Jesteśmy ludźmi:). A reasumując i gwoli ścisłości – moimi autorytetami są Chrystus i Dalajlama XIV, chciałbym w miarę możliwości zbliżać się do wzorców przez nich danych. Długa droga przede mną, ale co tam.
“Jak chcesz to możemy pogadać na gg, bo nie che mi się pisać całych elaboratów.”
Na forum liceum poruszyła Cię długość mojego posta na temat historii KK :D. Bardzo chętnie z Tobą pogadam obszerniej, ale mogę sobie na to pozwolić dopiero po trzydziestym. Wiesz, call of duty ;].
“(nic dziwnego że po stylu nie poznajesz, jak w ciągu 3 miesięcy stałem się zupełnie inną osobą :P)”
Można wiedzieć co Cię zmieniło?
Wszystkiego dobrego w dalszym dojrzewaniu;).
@Bianka:
Rozumiem to co piszesz i akceptuję, jednocześnie z racji pewnego dystansu nie neguję innych wierzeń:). Nie mam zamiaru “zmieniać” wyznania, jedynie dodatkowo mogę podkreślać, że godnymi uwagi są jeszcze dwa etosy moralne poza chrześcijańskim – buddyjski i rastafariański. Przy okazji: słyszymy nierzadko o ludziach których interesują religie prezentujące te dwa etosy – fajnie by było, żeby udało się im wszystkim je wcielać w życie, z każdym dniem coraz bardziej.
Warto także zwrócić uwagę na kolejną rzecz – są różne drogi do poznania Boga. Oczywiście muszą opierać się na wspólnym filarze, ale reszta to zwykle szczegóły, istotne tylko dla ludzi. Warto także pamiętać o Bożym Miłosierdziu i o tym, że nie jest związany wyrokami władzy ludzkiej.
Polecam także przeczytać to:
http://www.mateusz.pl/ksiazki/js-sd/Js-sd_12.htm
Pozdrawiam serdecznie.
czerwiec 15, 2009 @ 14:38
Bianka
Witaj buiosu,
Jako dziecko byłam wychowywana w światopoglądzie ateistycznym, a chrześcijanką zostałam z wyboru, po zapoznaniu się z różnymi światopoglądami, w tym również i z różnicami doktrynalnymi, w obrębie różnych denominacji chrześcijańskich. Dla mnie, jako chrześcijanki, Pismo ST i NT, jest wzorcem wyjściowym dla wiary, którą wyznaję, gdyż w świetle treści samego Pisma, jest to dla mnie jedyny logiczny wybór.
Jeśli chodzi o drogę do Boga, to Pismo wskazuje na Syna Bożego Jezusa Chrystusa, jako jedynego Pośrednika pomiędzy Bogiem Ojcem a człowiekiem.
Rolą religii (jakiejkolwiek), jako sposobu ludzkich poszukiwań Boga, może być wskazywanie na konieczność pojednania się z Bogiem, lub oferowanie systemu zachowań i rytuałów, które według wyobrażeń tych religii mogłyby pomagać człowiekowi w Jego poszukiwaniu, natomiast według objawienia Pisma ST i NT, (żadna) religia, jako ta która jest wynikiem ludzkich usiłowań nie jest wystarczająca, by osiągnąć pokój z Bogiem i zbawienie, czyli ratunek przed przyszłym gniewem Bożym. Temu zadaniu mógł sprostać jedynie Bóg i zrobił to, jak mówi Pismo:
Jan. 3:16-18
Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny.
Bo nie posłał Bóg Syna na świat, aby sądził świat, lecz aby świat był przez niego zbawiony.
Kto wierzy w niego, nie będzie sądzony; kto zaś nie wierzy, już jest osądzony dlatego, że nie uwierzył w imię jednorodzonego Syna Bożego.
Warunkiem zbawienia i życia wiecznego jest wiara w Syna Bożego:
1 Jan. 5:11-13
A takie jest to świadectwo, że żywot wieczny dał nam Bóg, a żywot ten jest w Synu jego. Kto ma Syna, ma żywot; kto nie ma Syna Bożego, nie ma żywota.
To napisałem wam, którzy wierzycie w imię Syna Bożego, abyście wiedzieli, że macie żywot wieczny.
Pozdrawiam
czerwiec 15, 2009 @ 19:52
KuciKuci
“Hmmm… Bez przesady, nie rozumiem teraz ascezy jako umartwiania się i biczowania;). Choć w przypływach negatywnych emocji albo np. po lekturze pewnych rzeczy (np. jestem w trakcie czytania manifestu Teda Kaczyńskiego, anarchoprymitywisty) mam ochotę porzucić w jak największym stopniu system i społeczeństwo (całkowicie się nie da). Właśnie po to, by nie cierpieć. A wynikłe z tego cierpienia byłbym w stanie znieść. Oczywiście brak mi odwagi i być może nigdy tego nie zrobię. A najlepiej by było gdyby dość “zasilało” mnie takie życie przez kilka tygodni w roku, wtedy wszystko by było pogodzone.”
Dude, uciekanie od ludzi to uciekanie od problemu. Problemy się rozwiązuje,a co najlepsze rozwiązanie każdego problemy jest na tyle łatwe na ile pozwolisz. Ja kocham świat, kocham ludzi zamieszkujących ten świat. To nieważne czy ktoś jest pijaczkiem, bandytą, psychopatą czy nawet makroekonomistą. Ludzka pierwotna natura jest dobra, a wszelkie zło bierze się z odsunięcia od niej, odsunięcia od Boga. Wszyscy stanowimy jedność i to właśnie uświadomienie sobie tego jest bardzo istotne. Wiesz czym jest Bóg wg mnie? Wszystkim co istnieje. Ja jestem Bogiem, Ty jesteś Bogiem, zwykły kamień jest Bogiem. Wszystko co istnieje, jest Bogiem i stanowi jedność. Dlatego właśnie to co robisz innym ludziom, robisz też sobie – to wynika z tej jedności. Właśnie dlatego Jezus nauczał, tych wszystkich rzeczy o czynieniu innym tego co dla nas dobre. W drugą stronę to też działa :P Naszym odejściem od Boga, jest odejście od tej jedności, utożsamianie się z naszym ego, które sprawia, że się indywidualizujemy, staramy się być oddzielnym bytem, co tylko przysparza nam cierpień. Nie łatwo jest zburzyć ego, szczególnie jeśli się je nadmuchiwało długi czas i opiera się na nim całe swoje istnienie. No i nie łatwo jest zjednoczyć się z Bogiem, jeśli się wierzy że to oddzielny od nas byt, który stworzył wszystko co istnieje bo miał wolny poniedziałek i akurat się nudził :P Kluczem do oświecenia jest rozwinięcie Boskiej świadomości która w nas jest, tak jak to zrobił Budda czy zapewne Chrystus(podobno jakieś 200 lat temu mu się udało – przygoda z krzyżem trochę opóźniła jego rozwój :P). Takie bajery jak chodzenie po wodzie, materializacja przedmiotów i masa innych rzeczy jest dostępna dla nas wszystkich na tyle na ile temu pozwolimy. W Indiach są wioski, gdzie wszyscy na luzie chodzą sobie po wodzie, dzięki naukom tamtejszych mistrzów na temat ludzkich możliwości.
Wybacz, ale wierzenie w to, że Bóg to starszy koleś siedzący na tronie miedzy chmurkami jest trochę naiwne. No i kupy się nie trzyma. Oczywiście wszystko jest możliwe, ale równie dobrze można by by wierzyć w kosmiczne pomidory z Marsa, które są praojcami wszelkiego życia :D Wiesz czemu wszechświat się rozszerza? Bo Bóg też “się rozszerza” – powstają nowe dusze, światy i kto tam wie co jeszcze. Ci co się oświecą(prędzej czy później wszyscy, ograniczeń czasowych nie ma :P) złączają się znów w jedność z Bogiem, a więc ze wszystkim co istnieje.
I powiedz mi czy wobec czegoś takiego nadal uważasz, że uciekanie od społeczeństwa Ci pomoże? W tym życiu możesz to zrobić, ale w następnym będziesz miał to samo i tak w koło, aż nie uzdrowisz tego problemu. Bo problem tkwi w Tobie jeśli nie potrafisz zaakceptować świata takim jakim jest, a wierz mi, że jest idealny pod każdym względem. :P
“Nie uważam że cierpienie jest tylko dobre czy tylko złe. Potrafi być uciążliwe, ale też potrafi uszlachetnić, doświadczyć, wyćwiczyć.”
Uszlachetnić? Niby jak? Doświadczyć – pewnie, że można – tylko po co? Wyćwiczyć może – w cierpieniu – tylko po co? :P Te przekonania wynikają z założenia, że cierpienie jest nieuniknione – a rzecz w tym, że to nie prawda. Cierpienia można się wyzbyć i zastąpić je czystą, Boską miłością. Ja tam wybieram miłość, jak chcesz :P
“W dzisiejszym, cywilizowanym świecie nasz czas jest marnowany albo wręcz zjadany przez nas samych lub przez szeroko pojęty “system”.”
Czasu marnujesz dokładnie tyle, ile chcesz marnować. wystarczy sobie uświadomić ile czasu marnowaliśmy na bezsensowne lub niepotrzebne czynności i nagle się okazuje że mamy go nadmiar :P
“Miłość przez cierpienie też może wzrastać, think ’bout it;)”
Prawdziwa miłość nie ma NIC wspólnego z cierpieniem, bólem, stratą, przywiązaniem, rozpaczą i wszystkim inne co negatywne. To tylko nasze wyobrażenia na temat miłości sprawiają, że zdaje się nam że wiemy co to miłość. Pewnego razu, w medytacji(co mnie z początku zaskoczyło, ale zgadza się to z naukami wielu wschodnich nauczycieli i z moimi własnymi odczuciami) doszedłem do tego, że prawdziwa miłość to połączenie wszystkich uczuć(uczuć, nie emocji) najwyższej jakości – spokoju, radości, harmonii, szczęścia, itd. Prawdziwa miłość jest czysta i bezwarunkowa – w naszych czasach jest głębokie przekonanie, że pewien typ zauroczenia wraz z silnym przywiązaniem to właśnie miłość. Rzecz w tym, że przywiązanie prowadzi do cierpienia, prędzej czy później(śmierć, długotrwała rozłąka, itd). To właśnie podczas tej medytacji po raz pierwszy poczułem to wspaniałe ciepło na sercu, które rozlewało mi się delikatnie na całą klatkę piersiową. Ja po prostu wierzę w to, że właśnie tak wygląda prawdziwa miłość, największa potęga jaka istnieje i nie widzę sensu w tym, aby miało być inaczej.
lipiec 20, 2009 @ 9:47
buiosu
@Bianka:
Witaj:).
Zgadzam się z Tobą w tym co piszesz, spostrzeżenia bardzo fajne i warto na ten temat się zastanowić. Jedynie o jedną rzecz pozwolę się uczepić:
“Warunkiem zbawienia i życia wiecznego jest wiara w Syna Bożego:
1 Jan. 5:11-13
A takie jest to świadectwo, że żywot wieczny dał nam Bóg, a żywot ten jest w Synu jego. Kto ma Syna, ma żywot; kto nie ma Syna Bożego, nie ma żywota.
To napisałem wam, którzy wierzycie w imię Syna Bożego, abyście wiedzieli, że macie żywot wieczny.”
Otóż trzymam się tego, że wiara bez uczynków jest pusta. Może to kwestia dookreślenia, czy dla nas wiara wystarczy, bo wtedy wpływa na uczynki, czy też wiara ma być ‘udokumentowana’ uczynkami… W każdym razie i one są istotne, tak bym chciał powiedzieć. Coby też przytoczyć na ten temat Pismo:
List św. Jakuba 2, 14-19 (BT)
“Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? Czy [sama] wiara zdoła go zbawić? Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: «Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta!» – a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda? Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie. Ale może ktoś powiedzieć: Ty masz wiarę, a ja spełniam uczynki. Pokaż mi wiarę swoją bez uczynków, to ja ci pokażę wiarę ze swoich uczynków. Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz – lecz także i złe duchy wierzą i drżą.”
Pokój;).
@KuciKuci:
“Dude, uciekanie od ludzi to uciekanie od problemu. Problemy się rozwiązuje,a co najlepsze rozwiązanie każdego problemy jest na tyle łatwe na ile pozwolisz. ”
Byłem na rekolekcjach powołaniowych u dominikanów, o których dziś zamierzam napisać tutaj, rację masz z tym uciekaniem. Nie powinno się od problemów uciekać.
Jednocześnie uważam, iż istnieją sytuacje, kiedy samotnia jest niejako wskazana i nie chodzi wtedy o uciekanie od problemów dnia codziennego, bo te nadal istnieją ale w innej formie (np. zdobycie pożywienia, wykonanie sobie narzędzi, ubrań itp.), a o skupienie umysłu na rzeczywistości pozamaterialnej, dzięki brakowi przywiązania do tego co we współczesnym świecie nas zalewa.
Nie jestem pewien jak mi się życie potoczy.
“Wiesz czym jest Bóg wg mnie? Wszystkim co istnieje. Ja jestem Bogiem, Ty jesteś Bogiem, zwykły kamień jest Bogiem. Wszystko co istnieje, jest Bogiem i stanowi jedność.”
Trąca panteizmem, ale rozumiem. Rozumiem to na nieco inny sposób, ale to zapewne jak w tym o czym z Bianką rozmawiamy – kwestia ujęcia. Bo ja uważam, że Bóg jest we wszystkim, wszystko przenika i podtrzymuje przy życiu, wszystko posiada w sobie cząstkę Boga, Jego tchnienie, ale jednocześnie nie jesteśmy bogami stricte.
“No i nie łatwo jest zjednoczyć się z Bogiem, jeśli się wierzy że to oddzielny od nas byt, który stworzył wszystko co istnieje bo miał wolny poniedziałek i akurat się nudził :P”
Boga nie potrafię wyjaśnić i nie chcę na ten temat dyskutować, jesteśmy tu troszkę bezradni;). Transcendentny i immanentny jednocześnie…
“Wybacz, ale wierzenie w to, że Bóg to starszy koleś siedzący na tronie miedzy chmurkami jest trochę naiwne. No i kupy się nie trzyma.”
:)
Zgadzam się z Tobą w pełni. Niedojrzałe, dziecięce podejście przy braku rozwijania swojej wiary i wiedzy na temat świata i wyznawanej religii. Nie mam czego tu wybaczyć;). W ten sposób jaki przytoczyłeś czasem oświeceni ateiści próbują zdyskredytować część monoteistów. No i pozostaje im przyznać – jak teraz Tobie – rację.
“I powiedz mi czy wobec czegoś takiego nadal uważasz, że uciekanie od społeczeństwa Ci pomoże? W tym życiu możesz to zrobić, ale w następnym będziesz miał to samo i tak w koło, aż nie uzdrowisz tego problemu.”
Wyjaśniłem wyżej – nie chodzi mi o uciekanie, bo to w każdej formie (jak uciekanie w używki) jest czymś ‘nagannym’. Natomiast w reinkarnację nie wierzę z co najmniej dwóch powodów;).
“Bo problem tkwi w Tobie jeśli nie potrafisz zaakceptować świata takim jakim jest, a wierz mi, że jest idealny pod każdym względem. :P”
Ta, bodaj Leibniz albo Kant powiedział, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów:).
“Uszlachetnić? Niby jak?”
Zmienić spojrzenie na życie i sam zespół zjawisk określanych jako cierpienie.
“Doświadczyć – pewnie, że można – tylko po co?”
Cenię każde doświadczenie. Czasem inna droga jak cierpienie dla normalnego człowieka jest bezowocna.
“Wyćwiczyć może – w cierpieniu – tylko po co?”
Nie miałem na myśli cierpienia :P. Cierpieniem dla dziecka jest nieotrzymanie słodyczy przez tydzień. Później jednak może łatwiej mu być panować nad swoimi zachciankami w tym aspekcie.
“Te przekonania wynikają z założenia, że cierpienie jest nieuniknione – a rzecz w tym, że to nie prawda. Cierpienia można się wyzbyć i zastąpić je czystą, Boską miłością. Ja tam wybieram miłość, jak chcesz :P”
No ok, teraz uzasadnij to, że to nieprawda;). I skąd się wzięło na świecie. No i dlaczego spotykają nas złe rzeczy, które można zarówno traktować jak ‘plagi egipskie’ jak i jak ‘błogosławieństwo’? Mówienie o czystej miłości jest równie rozmyte co całe nasze rozważania – nie trzeba chyba twierdzić, że miłość to tylko pozytywy. Tak samo jak to, że Bóg doskonały nie oznacza, że samowystarczalny, ergo stworzył nas bez sensu. Również idę w miłość, ale nasze ścieżki do niej się tu rozbiegają ;).
“Czasu marnujesz dokładnie tyle, ile chcesz marnować. wystarczy sobie uświadomić ile czasu marnowaliśmy na bezsensowne lub niepotrzebne czynności i nagle się okazuje że mamy go nadmiar :P”
Ta, racja. Tylko do tego też trzeba dojść :F. Ja na razie przestałem wchodzić na wykop.pl i tak jak kiedyś spędzałem na nim prawie cały dzień, tak teraz nie więcej jak 20 minut i jest si x].
“Prawdziwa miłość nie ma NIC wspólnego z cierpieniem, bólem, stratą, przywiązaniem, rozpaczą i wszystkim inne co negatywne. To tylko nasze wyobrażenia na temat miłości sprawiają, że zdaje się nam że wiemy co to miłość. Pewnego razu, w medytacji(co mnie z początku zaskoczyło, ale zgadza się to z naukami wielu wschodnich nauczycieli i z moimi własnymi odczuciami) doszedłem do tego, że prawdziwa miłość to połączenie wszystkich uczuć(uczuć, nie emocji) najwyższej jakości – spokoju, radości, harmonii, szczęścia, itd.”
W dzisiejszych czasach normalny człowiek nie osiągnie unikając cierpienia czystej, idealnej miłości. Tak samo jak nie dojdzie w wiedzy i wierze do tego, do czego np. my troje doszliśmy, bez pewnego zawodu, braku pewności, cierpienia, które go przywiedzie do tego, do czego nas przywiodło. Opowiadałeś mi, jak to się u Ciebie zaczęło. Myślisz, że bez tego też tego samego dnia, o tej samej porze, dokonałaby się w Tobie przemiana?
“Prawdziwa miłość jest czysta i bezwarunkowa – w naszych czasach jest głębokie przekonanie, że pewien typ zauroczenia wraz z silnym przywiązaniem to właśnie miłość. Rzecz w tym, że przywiązanie prowadzi do cierpienia, prędzej czy później (śmierć, długotrwała rozłąka, itd).”
Tia, dzisiaj się dewaluuje słowa jak “miłość” albo “przyjaźń”… Natomiast w obrębie wyznawanej przeze mnie doktryny powiem Tobie, że można pogodzić przywiązanie i śmierć ze sobą; przy czym wymaga to odpowiedniego podejścia. Natomiast jeżeli chodzi o uzależnienie, jak od dzisiejszej techniki czy przywiązanie do np. maskotek z którymi wiążemy jakieś uczucia – zgoda, ciut bez sensu.
“To właśnie podczas tej medytacji po raz pierwszy poczułem to wspaniałe ciepło na sercu, które rozlewało mi się delikatnie na całą klatkę piersiową. Ja po prostu wierzę w to, że właśnie tak wygląda prawdziwa miłość, największa potęga jaka istnieje i nie widzę sensu w tym, aby miało być inaczej.”
Coś podobnego miewam.
Ze wszystkim czego nie zacytowałem zgadzam się, lub stwierdziłem, że nie ma powodu jakoś komentować.
Miłego dnia;).
sierpień 4, 2009 @ 10:16
Krytyka Dawkinsa i polemika z Wykopowiczem « Płynne wnętrzności
[...] fałszywość twierdzenia (jak dyskutujemy na gruncie naukowym, wszystko tu rozbija się o wiarę, nawet u ateisty). Nie ma się jednak czym przejmować, bo takie próby deprecjonowania ateizmu są z góry skazane [...]