Po długiej przerwie czas na kolejny ułomny wpis. Dlaczego ułomny? Podejmuję bowiem temat trudny, którego nie sposób przy użyciu jakiejkolwiek niezawodnej metodologii rozwiązać. Stąd marnuję czas na pisaniu treści, które mogą co najwyżej przysłużyć się innym do stymulacji mózgu i refleksji, nie śmiem twierdzić, że to, co poniżej napiszę, ma prowadzić do deizmu lub teizmu. Jest to bowiem sprawa osobistego osądu i wiary, które to nie podlegają nauce w ścisłym tego słowa znaczeniu. Również nie mam na celu użyć tego jako “zapchajdziurę”, powód do wiary w istnienie Boga. Raczej potraktujmy to jako zagwozdkę dla ludzi, którzy starają się zredukować ludzkie poznanie do naukowych aksjomatów i metodologij. Ponadto powstał on w kilka minut, ergo pewno można było go jeszcze doszlifować.

Jeszcze dwie uwagi na początku:
1. Wpis popełniam pod wpływem – bądź co bądź bardzo ciekawego – wpisu z innego bloga (dokładniej pod wpływem jednego z komentarzy): “Talent do religii”
2. Żeby usystematyzować “schemat” zadawania pytań, zastosowałem osobliwą numerację, nie mam obecnie nastroju na zabawy z wcięciami ;).

Z tego co kojarzę (choć możliwe, że się mylę) w nauce dochodzi się do wniosku, że wszystko jest zdeterminowane, zresztą pomaga to w dochodzeniu do pewnych prawd (na razie pomińmy złamaną nierówność Bella, osobiście nie do końca ogarniam ten temat, natomiast zasada nieoznaczoności Heisenberga wg niektórych nie świadczy jednoznacznie o niepełnym determinizmie; załóżmy zatem choć na te kilka minut absolutny determinizm we Wszechświecie, albo szerzej: w całej rzeczywistości).

Wszechświat powstał (tylko) w wyniku Wielkiego Wybuchu, czy nie?
1. Jeżeli powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu, to jakim prawem, za jaką przyczyną?
11. Czy prawa fizyczne istnieją obiektywnie?
111. Jeżeli nie, to co sprawia, że cokolwiek podlega prawom fizycznym?
112. Jeżeli tak, to w jaki sposób istnieją?
113. Jeżeli tak, to czy powstały razem ze Wszechświatem?
1131. Jeżeli tak, to jakim prawem powstał Wszechświat?
1132. Jeżeli nie, to skąd się wzięły przed Wszechświatem? (pomińmy tezę o braku czasu przed Wszechświatem, bo to ukraca dyskusję – jak panspermia w stosunku do problemu abiogenezy*; nawet jeżeli chwila Wielkiego Wybuchu była początkiem czasu, czasowym zerem absolutnym, to musiała ona nastąpić)
2. Jeżeli nie powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu, a istniał wcześniej (np. jako bezwymiarowy punkt, osobliwość czy jakoś tak), to tym bardziej: jakim prawem, za jaką przyczyną?
21. Może jest wieczny (np. hipoteza Wszechświata oscylującego)? Niemożliwe, przeczy to przecież determinizmowi!

Osobisty wniosek: Na mocy determinizmu Wszechświat nie może być wieczny (“od lewej”). Musi zatem mieć przyczynę istnienia, której nie można się upatrywać w samym Wszechświecie (w rzeczywistości poza nim, albo w sferze niematerialnej). Mogą to być prawa fizyczne, zakładając że istniały wcześniej, wtedy jednak problem jest z ich genezą – zatem dylemat początku wszystkiego nie jest nadal rozwiązany. Chyba, że ktoś teraz powie, że prawa fizyczne są niematerialne i nie podlegają naszemu rozumowi – przechodzimy jednak już do sfery wiary, nie nauki, tak myślę… Dochodzimy w paru przypadkach do rzekomej nieskończonej pętli przyczyn (którą też stosuje się jako niszczyciela jednego z ‘dowodów’ Św. Tomasza z Akwinu). Tutaj muszę jednocześnie wkroczyć w obronie “swoich”. Z punktu widzenia teisty, Bóg jest bytem odwiecznym i bezprzyczynowym, nie jest też uległy ludzkiej logice, metodologii czy wnioskom dotyczącym rzeczywistości. Stąd dla wierzącego nie ma problemu w zaakceptowaniu tezy, że Wszechświat ma przyczynę w Bogu (a jednocześnie np. Wielkim Wybuchu), a Bóg nie ma przyczyny. Ostatecznie: podejmowanie tego tematu w obrębie dyskusji ateistów z teistami jest interesujące, natomiast raczej bezowocne pod kątem zmiany stanowiska “mocnego” ateisty albo teisty; teista bowiem może odwołać się do odwiecznego Boga, który nie jest przedmiotem badań naukowych i basta, ateista zaś (ale w sumie także teista) może ukrócić rozmowę pokazując, że podejmowanie tego tematu w obrębie nauki jest lekko kuriozalne ze względu na jego charakter. Jestem skłonny, że temat powstania Wszechświata, “pierwszej przyczyny” i tak dalej, jest na razie nierozstrzygalny na gruncie nauki (chyba że odpowiedź “nie wiadomo” także można uznać za rozwiązanie problemu), a poza nią trudno do czegokolwiek dojść bez pojęcia jakiegoś bytu zupełnie wymykającego się ludzkiemu rozumowi i niemożliwemu do zweryfikowania przez naukę, np. Boga.

Również ciekawe spojrzenie na ten tok myślenia zaprezentował jeden z komentujących artykuł z “Boskiego ateisty”, Saunterer:

(…) nie widzę powodu dla założenia, że wszechświat jest w jakiś obligatoryjny sposób podległy ludzkiej logice i metodologii, vide niesławna fizyka kwantowa. Nasza logika i metodologia owszem, wysyła ludzi na Księżyc i z powrotem, ale powstała jako skutek uboczny pracy naszego mózgu którego zadaniem jest coś innego. Nie wydaje mi się, byśmy mieli podstawy sądzić, że wszechświat jest dla nas a priori poznawalny i ma obowiązek być zrozumiały.

Także cytuję wypowiedź jednego z teologów, dotyczącą mniej więcej tego samego, za zapytaj.wiara.pl:

(…) jeśli istnieje świat, trzeba przyjąć, ze jest, ze swoimi prawami wieczny, albo że początek dała mu jakaś istota wyższa – Bóg. Trzeciego wyjścia nie ma (chyba że uznać, ze świat nie istnieje, ale to już obalił Kartezjusz swoim “cogito ergo sum”). Naprawdę Pan wierzy, że materia jest wieczna? Przecież wiadomo, ze nie zawsze wyglądała tak, jak teraz. I jak to jest, ze ta głupia materia stosuje się do prawideł, które można opisać wytworem ludzkich myśli, matematyką? Czy naprawdę wierzy Pan w wieczne istnienie mądrej materii?

Nie idę z tym do Racjonalisty, jestem amatorem. Ale ciekaw jestem Waszych wszelkich opinii i refleksji.

Pozdrawiam serdecznie i życzę każdemu, kto to czyta, radości i pokoju, i miłego wieczoru :)!

P.S. Słyszałem, że emoty wstawia się po znakach interpunkcyjnych. Prawda to? Jeśli tak, przepraszam za błędy. ;)

P.P.S. Dlaczego człowiek w istnieniu doszukuje się sensu? Jaki to ma sens? A jeżeli jakiś sensowny ma, to w takim razie jaki sens ma istnienie Wszechświata? (krótko spałem)

* – problem abiogenezy dotyczy tego, jak z materii nieożywionej powstało życie – nawet część ateistów i agnostyków nie wierzy w abiogenezę, ale jako wyjaśnienie podaje na przykład teorię panspermii która zakłada, że na Ziemi życie przyszło w jakiś sposób z zewnątrz, np. jak bakterie na meteorycie; nie rozwiązuje to problemu powstania życia z materii nieożywionej, tylko “spycha” go dalej.

wW nauce dochodzi się do wniosku, że wszystko jest zdeterminowane, zresztą pomaga to we wnioskowaniu (na razie pomińmy złamaną nierówność Bella, na razie znajomy fizyk kwantowy nie dość jasno mi odpowiedział więc mogę też założyć pełen determinizm we Wszechświecie).

Obecnie nie mam zbytnio możliwości napisania czegoś konstruktywnego. Miałem w planie napisanie kilkudziesięciu wpisów na blogu w wakacje (tyle tematów mam zapisanych do poruszenia), nie wyszło. Mam w planie poczynienie w szczególności trzech wpisów, mam nadzieję że się wyrobię ;). Prokrastynacja to niefajna rzecz.
W każdym razie chciałem przedstawić Wam grę mojego autorstwa. Napisana w C++ z wykorzystaniem podstaw tego języka. Na pewno niedopracowana, w końcu to moja pierwsza ukończona gra, pisana przez kilka godzinek ;). Mam jeszcze dwa rozpoczęte projekty, które – gdy je ukończę – również tutaj wrzucę.

Wymiatasz w CS? Masz cztery certyfikaty? Zobaczymy, czy poradzisz sobie tutaj.

Witaj w świecie gry “JESTEM HARDKOREM”. W świecie nowoczesnym, pełnym wartkiej akcji, porywającej fabuły, ładnych samochodów i szybkich kobiet… Świecie, gdzie wszystko może zależeć od Twojej jednej decyzji…”

“JESTEM HARDKOREM” to niesamowicie realistyczny turowy survival horror FPP, w którym występuje jedynie tekst – rolę silnika graficznego spełnia wyobraźnia gracza. Oszczędza to wiele pracy programistom, zmniejsza wymagania sprzętowe i jest po prostu ciekawym doświadczeniem.

Dlaczego najtrudniejsza gra świata? Spróbuj ją przejść. Jeżeli wyślesz mi lub napiszesz w komentarzu hasło podane po przejściu gry, dołączysz do ściany płaczu. A nie, to nie ta ściana… Do ściany sławy, jakoś tak to się tłumaczy, nie?

Uwaga: W grę powinni grać tylko użytkownicy Windowsów. Na innych systemach gra nie będzie prawidłowo działać (jeżeli już ktoś da radę uruchomić), a nie potrafię jeszcze napisać skryptu sprawdzającego system operacyjny. Zalecam także włączenie głośników, bowiem nauczyłem się dziś uruchamiać pliki audio^^!

Link do ściągnięcia znajduje się tutaj.

Jako że gra nosi taki tytuł jaki nosi, potraktujmy przeróbkę znanego filmiku jako nieoficjalny trailer do gry:

W razie jakichś problemów z grą piszcie.

Pozdrawiam, wszystkiego dobrego ;).

Drugi z zaplanowanych na dzisiaj tematów… Chciałbym zwrócić uwagę na ostatnią aktywność znanego biologa i antyteisty Richarda Dawkinsa, oraz odnieść się do paru stwierdzeń Wykopowicza o nicku Cat. Cat, nie jest to “odwet” za zakop wrzuconego – jak miło – na Wykop mojego wpisu, myślałem o tym już wcześniej. Do poruszenia obu kwestii skłoniło mnie znalezisko łączące oba wątki.

Richard Dawkins to postać kontrowersyjna, nie da się ukryć. Z jednej strony wykształcony biolog, ambitnie i wytrwale uczący społeczeństwo o teorii ewolucji i zwalczający kreacjonizm, z drugiej strony – co powinniśmy rozpatrywać poza jego naukową działalnością – zapalony antyteista (przez niektórych nazywany papieżem ateistów) i twórca teorii memetyki, która jak dotąd, choć w ciekawy sposób wyjaśnia krążenie informacji (tam: memów) między ludźmi, nie została potwierdzona, udowodniona (w pewnym sensie podobnie jest z Freudem, który wszystko do popędu seksualnego sprowadzał, ale jego teorie nie spełniały kryterium podważalności (notabene słyszałem relacje studentów psychologii, którzy ponoć na zajęciach wyśmiewają Freuda, nie ujmując mu jego wkładu w rozwój nauki). Jako antyteista wsławił się choćby książką “Bóg urojony” i filmem “Źródło wszelkiego zła?” (trzeba mu oddać, że sam nie był zadowolony z tego, narzuconego przez producenta, tytułu).

Co zrobił tym razem? Otóż dość dawno, bo w lipcu 2007. roku (aż dziw bierze, że Wykop tego nie “zarejestrował”) zainicjował pewną ogólnoświatową akcję – The Out Campaign. Zechciał, by ateiści “ujawnili się”, by można było ich rozpoznać w tłumie, na ulicy, by społeczeństwo mogło zobaczyć, ilu ich jest, i że coś w tym jest. Takie na tle religijnym “niech nas zobaczą”. Nie zamierzam krytykować samej akcji, bowiem nie mnie krytykować to, że ktoś ma jakiś konkretny światopogląd, nie będę też nikomu odbierał prawa do przyznawania się do cech swojej osoby i do przekonywania o ich słuszności. Jedynie, jeżeli to ostatnie będzie moim zdaniem nie do końca poprawne, zamierzam – na ile starczy mi wiedzy i umiejętności – reagować, zgodnie z tym, że prawda jest dla mnie jedną z najwyższych wartości, mocno nie przepadam za manipulacjami i demagogią.

Dlatego też – z całym szacunkiem – postanawiam skomentować założenia zaprezentowane na stronie kampanii.

Ateiści zawsze przewodzili myśleniu racjonalnemu i stanowili latarnię wiodącą ku oświeceniu, teraz Ty możesz dzielić Twój idealizm poprzez uczestnictwo w ruchu OUT

Po pierwsze: nie zawsze – mamy tu ten sam problem co z ludźmi letniej wiary, np. lwiej części doświadczanego przez nas, rzekomo katolickiego społeczeństwa.

Po drugie: co ma ateizm do oświecenia, do wiedzy? Nauka i wiara? Przecież to da się pogodzić! Jutro będę próbował to wykazać paroma przykładami “z mojej” strony barykady.

W sumie ten cytat był jedynym, który mnie jakoś poruszył, ale jak całość, to całość.

Ujawnij się. Ateistów jest znacznie więcej niż myśli większość ludzi. COME OUT – wyjdź z ukrycia! Poczuj się wyzwolony, a Twój przykład zachęci innych do ujawnienia się. (Nie “ujawniaj” nikogo innego, poczekaj, aż ujawni się sam, kiedy będzie do tego gotowy).

Z liczbą ateistów zgoda. Z ujawnieniem się – pozytywna rzecz, może ta akcja skłoni ludzi do zastanawiania się nad swoim światopoglądem, nad stawianiem sobie egzystencjalnych pytań; w przeciwieństwie do akcji ludzi wierzących, które to zazwyczaj wydają się być ignorowane, niedoceniane lub mieszane z błotem (abstrahując od wszystkiego, bo ludzie porównują to po pieniądzach: WOŚP przez 17 finałów zebrał w sumie nieco ponad 350 megazłotych, Caritas w polskich diecezjach w samym zeszłym roku zebrała w sumie nieco ponad 270 megazłotych).

Wyciągnij rękę. Ruch OUT daje poszczególnym osobom poczucie, że nie są sami. To może być również miły sposób na rozpoczęcie rozmowy i może pomóc obalić negatywne stereotypy dotyczące ateistów. Oznajmij światu, że nie zamierzamy zniknąć, że nie pozwolimy innym, którzy nas potępiają, zepchnąć nas w cień, odstawić na boczny tor.

Pozytywne jest obalanie negatywnych stereotypów, sam chętnie się do tego mogę przyłożyć – tylko najpierw niech ktoś mi je wypisze. Poza tym o rzekomej niemoralności ateistów, bo to urąga godności każdego z nas ;). W zasadzie, z minimalną przeróbką, cały wstępny tekst kampanii również chrześcijanie/katolicy/teiści/ludzie rozsądni mogliby sobie przygarnąć.

Mów otwarcie. Im więcej osób dołączy do ruchu OUT, tym mniej osób będzie czuć się osaczone przez religię. Możemy ułatwić innym zrozumienie, że ateiści występują we wszystkich kształtach, rozmiarach, kolorach i osobowościach. Jesteśmy robotnikami i fachowcami. Jesteśmy matkami, ojcami, synami, córkami, siostrami, braćmi i dziadkami. Jesteśmy ludźmi (jesteśmy ssakami naczelnymi) I jesteśmy dobrymi przyjaciółmi i dobrymi obywatelami. Jesteśmy dobrymi ludźmi, którzy nie mają potrzeby, aby trzymać się kurczowo sił nadprzyrodzonych.

Myślę, że sama kampania – prawidłowo przeprowadzona, być może nawet we współpracy obu stron, jeśli Dawkins jest do tego skłonny – może już pomóc ludziom czuć się pewniej jeżeli chodzi o znajomość i podtrzymywanie wśród ludzi swojego światopoglądu. Co tam osaczenie przez religię, wiele rzeczy potrafi osaczyć w ten sposób. Poza tym ok, ino… nie każdy teista trzyma się kurczowo sił nadprzyrodzonych z potrzeby, np. ze strachu przed śmiercią. Ale… to jest kolejny wniosek, jaki moim zdaniem jest między wierszami przemycony w ostatnim zdaniu, a którego formalnie nie ma, więc nie powinienem się czepiać. Wszak na pewno wszyscy ateiści nie mają potrzeby trzymania się sił nadprzyrodzonych. Jeszcze zlikwidować horoskopy z gazet i jest pięknie :).

Nadszedł czas, aby usłyszano nasze głosy przeciw wtargnięciu religii do naszych szkół i polityki. Ateiści wraz z milionami innych są zmęczeni tyranią tych, którzy siłą chcą wtłoczyć ich własny religijny porządek do mózgów naszych dzieci i naszych rządów. Musimy KEEP OUT- odseparować siły nadprzyrodzone od naszych zasad moralnych i polityki publicznej.

No, nareszcie ten czas nadszedł. Ale ten zarzut jest jednocześnie poprawny i niepoprawny w pewnym sensie, moim zdaniem.

Religia w szkołach może istnieć jako oddzielny przedmiot – religioznawstwo. Poza tym, jeżeli na danym terenie większość uczniów deklaruje jedną wiarę, np. katolicyzm, to zorganizowanie ‘katechezy’ tuż po lub tuż przed normalnymi zajęciami w szkole jest wielkim udogodnieniem. Z drugiej strony jest mi obojętne, czy to by się odbywało w szkole, czy w ośrodkach edukacyjnych danej grupy wyznaniowej. Natomiast mieszanie światopoglądu i ideologii (także humanizmu!) do nauki, do przedmiotów, które powinny być od nich wolne, faktycznie jest czymś nagannym. Polityka? Ok, powoływanie się w politycznych i prawniczych dyskusjach na np. dogmaty lub heteronomiczny etos moralny właściwy danej religii, czy w ogóle światopoglądowi, nie jest dobrym posunięciem. I tego jesteśmy świadomi. Jednocześnie, dla przykładu, nie widziałbym nic zdrożnego w tym, by w rządzie istniały partie reprezentujące np. katolików, buddystów, muzułmanów. Ważne, by trzymali się przyjętych zasad, zaś nakłaniali do swoich przekonań jedynie, jeżeli mają pozareligijne uzasadnienie. Sloganu o tyranii nie skomentuję. Natomiast, jeżeli prawdę mówi Wikipedia twierdząc, że Dawkins zainspirował się akcjami homoseksualistów “przeciw nietolerancji”, przestrzegałbym przed przewrotnością – kto nie ateista, ten reprezentującym ciemnogród teistą.

Nadszedł czas aby przyśpieszyć i … Wyróżnić się. Mamy wiele ciekawych działań i planów związanych z ruchem OUT, więc obserwuj OutCampaign.org i jej dalszy rozwój.

Ok, wyróżniajcie się, noście koszulki ze “szkarłatnym A”… Przynajmniej będę wiedział, z kim można sobie pogadać w autobusie lub na ulicy ;).

Teraz przejdę do drugiego podtematu wpisu. Nie robię tego z jakąś wyszukaną przyjemnością, po prostu parę rzeczy mnie poruszyło i chciałbym się do nich odnieść, natomiast na Wykopie w końcu chciałbym przestać się udzielać.

Niestety ewolucja wyklucza boga, nie tylko dlatego, że jej szczególowe aspekty przeczą inteligencji projektu, ale także dlatego, że tłumaczy jak człowiek mógł powstać (i powstał) bez pomocy takiego bytu nadnaturalnego a więc idea boga sprawę tylko komplikuje. Zainteresuj się pojęciem “brzytwy Ockhama”, która o ironio obróciła się w tym wypadku przeciw samemu autorowi zasady :)

Nie zgadzam się. Jeżeli wyklucza, to jakie aspekty przeczą inteligencji projektu? Dlaczego wartościujemy stworzenie na ludzki sposób, wg naszych wartości? Bóg nie musi myśleć tak jak my. Druga sprawa: to że tłumaczy to jedno (Bóg nie jest od “łatania dziur” w nauce), to, czy ten byt był konieczny czy nie, to drugie. Zakładając – chociażby, na przykład – immanencję Boga i podtrzymywanie przy istnieniu wszystkiego, co przenika, jest bytem wcale koniecznym, wtedy brzytwa Ockhama nie znajduje zastosowania. Ale tego nie jesteśmy w stanie stwierdzić, znowu rozbija się całość  o światopogląd i o wiarę w prawdziwość lub fałszywość twierdzenia (jak dyskutujemy na gruncie naukowym, wszystko tu rozbija się o wiarę, nawet u ateisty).

Nie ma się jednak czym przejmować, bo takie próby deprecjonowania ateizmu są z góry skazane na porażkę, ponieważ taka demagogia do ateistów, z których większość to przecież racjonaliści, nie ma szans trafić – stąd są one raczej nastawione na siebie i mają na celu im samym poprawić samopoczucie.

Nie byłbym taki pewny we wnioskowaniu indukcyjnym ;). Znam wielu ateistów, teistów i agnostyków, którzy są mądrymi, inteligentnymi i żyjącymi “w zgodzie z sobą” ludźmi, ale znam też chyba więcej ateistów i teistów (większość z dyskusji internetowych, bowiem w prawdziwym życiu mało kto z moich znajomych wspomina o swoim światopoglądzie), którzy są “letni”, ledwo co wiedzą w co wierzą, mało potrafią uzasadnić, operują sloganami i – jak piszesz – stosują demagogię. Nasze osobiste obserwacje rozmijają się. Warto przy okazji sobie przypomnieć, że wnioskowanie indukcyjne jest zawodne (co tutaj widać). Proponuję zatem, abyśmy wszyscy powstrzymywali się, bez posiadania konkretnych, prawidłowo wykonanych i (ze strony respondentów) szczerych statystyk, od pisania, że większość ateistów to racjonaliści, większość wierzących to ciemnogród, większość teistów to dobrzy ludzie, większość ateistów jest niedojrzałych umysłowo, większość…

Przede wszystkim protestuję przeciwko naginaniu pojęć ze względów światopoglądowych. Nienarodzony, to może być co najwyżej płód czy wcześniej embrion i zygota. A różnica jest oczywiście zasadnicza – jest nią brak świadomości i możliwości odczuwania bólu, przynajmniej do chwili wykształcenia się ośrodkowego układu nerwowego, a więc brak krzywdy.

Rzecz o aborcji. Jeżeli pierwszy dzisiejszy wpis nie wystarcza, który notabene ‘zakopałeś’ (mam nadzieję, że przeczytałeś), dopowiem:

1. W czasie śpiączki i snu także świadomość kuleje. Ponadto zwierzęta także są pewnych rzeczy świadome, niektóre wg badań są także samoświadome.

2. Możliwość odczuwania bólu jako kryterium człowieczeństwa? Nawet w połączeniu z (1), są inne gatunki pasujące do tego schematu. Zdarzają się też ludzie, którzy bólu czasem lub trwale nie odczuwają.

Napisałem te dwie rzeczy, żeby uniknąć twierdzenia, że wg tego, co piszesz, przymiotnik “nienarodzony” nie może być dopisany do rzeczownika “człowiek”. Poza tym, czy krzywda jest jedynym kryterium oceny czynu? I dlaczego samo czucie i świadomość tego, że jest się zabijanym, ma być krzywdą, skoro akt zabójstwa jest krzywdą jeszcze większą sam w sobie, pomimo tego, że zarodek tego nie odczuwa?

Myślę, że możemy tą sprawę zostawić specjalistom, którzy potrafią określić od kiedy płód ma na tyle funkcjonujący układ nerwowy, że potencjalnie jest w stanie odczuwać cierpienie.

Dlaczego za granicę dopuszczalności aborcji ma odpowiadać początek odczuwania cierpienia, a nie sam fakt bycia (albo, jak wolisz, rozpoczęcia bycia) człowiekiem? Humanizm przecież, również towarzyszący epoce Oświecenia i wielu ateistom (w tym Dawkinsowi), zakłada wyjątkowość człowieka – czy w takim razie nie powinniśmy szanować go pomimo tego, że nie wie, co z nim robimy? Jednocześnie ciekawe i poniekąd chwalebne podejście, gdzie – pomijając własne sumienie – zważamy na to, by nie skrzywdzić w odczuwalny sposób innego istnienia. Osobiście skupiłbym się jednak także na krzywdzie ‘nieodczuwalnej’. Ale tutaj, w cytacie z Ciebie oraz w mojej odpowiedzi już dyskutujemy na gruncie światopoglądowym, najpewniej do porozumienia nie dojdziemy.

W międzyczasie jestem zmuszony zareagować na komentarz jeszcze jednego Wykopowicza, jednak nie przytoczę nicka, gdyż nie mam możliwości poinformowania go o tym wpisie (a za tym idzie parę innych konsekwencji):

“nie potrafię racjonalnie zrozumieć, czym różni się zabicie dziecka nienarodzonego od zabicia dziecka 6-miesięcznego.”
Mniej więcej tym, czym wyrzucenie projektu do kosza a zastopowaniem rozpoczętej budowy.

Fatalna analogia. Już blastula się rozwija, jest rozpoczętą budową. Ontogeneza…

To w zasadzie na dziś wszystko. Jednak nie zdążyłem przed północą.

Dobranoc :).

(a jako pozytywny aspekt na koniec wpisu – jedno ze zdjęć dnia w National Geographic, przedstawiające nietypowego ślimaka)

Planuję dzisiaj napisać w sumie dwa wpisy; dwa, ponieważ jeden wyjdzie chyba zbyt długi, a i ludziom patrzącym na liczbę postów na blogach wyświadczę drobną przysługę. Ponadto chciałbym podzielić je tematycznie. Nie jest jednak w pełni różowo, obecny wpis będzie w większości kalką fragmentu pracy, jaką pisałem jakiś czas temu, a którą nadal żyję. Ostatnimi czasy zauważyłem w niej (całej pracy) parę błędów, a także spotkałem się z krytyką, która powinna zniechęcić mnie do podejmowania prac udoskonalających tekst (trochę ze względu na bezcelowość samą w sobie, trochę z pysznej pozycji “obdarzonego wiedzą”, choć nadal widać, jak małą – chodzi mi np. o samą zbędność prób argumentowania możliwości istnienia Boga); niemniej proszę mi pozwolić wyekstrahować z całej pracy fragment dotyczący aborcji, w którym to starałem się temat potraktować poważnie i naukowo. Nie korzystałem z argumentów wynikających ze światopoglądów i ideologij, również jestem absolutnie otwarty (złakniony wręcz) na wszelką polemikę i krytykę – w końcu biologiem z wykształcenia nie jestem.

Nie ma pewności odnośnie tego, w jaki sposób traktować zarodek – jako człowieka, czy jako zwyczajny zlepek komórek. Nauka w tym względzie teoretycznie nie doszła do jednoznacznej odpowiedzi. Jednocześnie znalazłem w miesięczniku Focus (sprzed roku; Numer Specjalny 5/2008, “Fenomen człowieka”) następujący tekst:

Od którego momentu zaczyna się życie nowego człowieka? Naukowcy i etycy do dziś się o to spierają. Dla części z nich momentem kluczowym jest zapłodnienie, czyli wniknięcie plemnika do komórki jajowej. Wiadomo jednak, że podział zygoty zaczyna się później, a do połączenia materiału genetycznego ojca i matki dochodzi dopiero po dwóch-trzech dniach. Zdaniem prof. Jacka A. Modlińskiego, embriologa z Instytutu Genetyki i Hodowli Zwierząt PAN, dopiero wówczas powstaje właściwy zarodek, a więc nowa istota ludzka.

Z powyższego tekstu można wywnioskować, że naukowcy przestają się spierać odnośnie tego, czy kilkutygodniowy „zlepek” jest człowiekiem czy nie, a spierają się odnośnie tego, czy kilkudniowy nim jest. Załóżmy jednak, że powyższego tekstu nie przytoczyłem i jest mi on nieznany. Spróbuję uzasadnić twierdzenie, że zarodek, a tym bardziej płód, jest osobą ludzką. Postaram się przy tym unikać rozważania szczególnych zagadnień, na przykład zasadności aborcji implikowanej gwałtem, zaś uzasadnienia natury teologicznej skrócę do niezbędnego minimum, bardziej jako ciekawostki, do zaakceptowania albo odrzucenia (wszak nie wnikam w światopogląd Czytelnika). Nie będę też odnosił się do prawa, gdyż prawo nie ma mocy kreowania rzeczywistości; nie interesuje mnie również lansowane czasem uzasadnianie aborcji prawami kobiet, wolnością, aspektami społecznymi, brakiem odczuwania cierpienia przez zarodek, naturalnymi poronieniami, porównywaniem do włosów i paznokci etc., a z drugiej strony jej negowanie twierdzeniami, że Bóg jest jedynym Panem życia i śmierci, lub drastycznymi obrazami działającymi na emocje odbiorcy. To wszystko jest tematem na chyba równie obszerny wywód, ponadto na płaszczyźnie naukowej większość jest dla nas nieistotna (bardziej na płaszczyźnie etycznej/społecznej/prawnej).

Zanim jednak przejdę do uargumentowania mojego stanowiska, zastanówmy się nad kryteriami, wedle których mielibyśmy rozważać człowieczeństwo zarodka (rozumiane tutaj jako “zarodek jest człowiekiem”; stosuję “człowieczeństwo” jako zamiennik stylistyczny, ale jestem świadom, że czasem przez to słowo rozumie się coś więcej; za dużo jak na obecne rozważania). Najprościej będzie wypisać zazwyczaj przejawiające się cechy przypisywane człowiekowi, bowiem biologicznych kryteriów człowieczeństwa (bycia człowiekiem) nigdzie jak do tej pory nie znalazłem: samoświadomość, świadomość, zdolność samodzielnego utrzymania się przy życiu (niezależność), funkcje życiowe, wykształcony układ nerwowy, obecność pnia mózgu, wykształcony mózg, samodzielne podtrzymywanie życia przez organizm (oddychanie, bicie serca i tym podobne), ludzkie „kształty”, ludzki genotyp, bycie organizmem autonomicznym (oddzielnym), posiadanie uczuć lub odczuć (np. bólu), zdolność rozumowania, uczenia się.

Spójrzmy teraz na powyższe cechy w odniesieniu do zarodka.

Zarodek nie przejawia samoświadomości ani nawet świadomości, co do płodu – nie wiemy i nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić, załóżmy, że nie. Jednocześnie twierdzenie, że o człowieczeństwie decyduje samoświadomość lub świadomość skazuje na śmierć część osób kalekich, upośledzonych umysłowo (kiedy to tracą świadomość samego siebie; jeśli się nie mylę, przykładem jest okaleczenie poprzez zabieg lobotomii) lub trwających w śpiączce, lub nawet noworodki! bowiem człowiek zyskuje – najpewniej, jak mniemają psychologowie – samoświadomość dopiero między ósmym a osiemnastym miesiącem życia pozapłodowego (dokładniej w ósmym cechuje go rozróżnienie ja – nie ja, w osiemnastym jest w stanie zidentyfikować siebie w lustrze; zrobienie dziecku spełniającego to kryterium kropki na nosie flamastrem i postawienie przed lustrem nie implikuje próby zmazania jej; naukowcy wysnuli, że na przykład ta sytuacja jest warunkowana brakiem pojęcia siebie; stosowanie zatem tego kryterium mogłoby przesunąć dozwolony termin zabójstwa nie tylko do końca ciąży, ale o wiele dalej). A nawet po prostu śpiących, bo czy człowiek w trakcie snu jest świadom tego, co się dookoła dzieje, jest świadom siebie? Pójdźmy dalej.
Zdolność samodzielnego utrzymania się przy życiu – rzecz ma się analogicznie jak sprawa świadomości. Zarodek/płód jest zależny od matki i dostarczanych przez nią pokarmów. Podobnie jak kilkumiesięczne dzieci i kalekie osoby, a za kilkadziesiąt lat być może każdy człowiek wedle tego kryterium człowiekiem nie będzie w stanie samodzielnie funkcjonować (choćby w przypadku globalnej katastrofy energetycznej: przeciętny mieszkaniec miasta, przyzwyczajony do powszechnej elektroniki i zdobywania wszystkiego w zorganizowanych punktach (np. marketach), w przypadku braku prądu będzie zdany zupełnie na siebie – bez ogrzewania, bez wody w kranie, bez gazu, z gnijącym pożywieniem w sklepie pozbawionym chłodni, bez jakiejkolwiek formy kontaktu z innymi, poza mową i listami etc.).
Funkcje życiowe (wzrost, metabolizm, zdolność do replikacji i tym podobne) – zarówno człowiek, jak i płód, a nawet blastula, przejawiają je.
Wykształcony układ nerwowy – przez pewien czas zarodek nie posiada układu nerwowego. Później (w około czwartym tygodniu od zapłodnienia) tworzy się cewka nerwowa z której powstaje pień mózgu (który jest bodaj najistotniejszym jego fragmentem; mózg powstaje ok. 8. tygodnia); ludzie pozbawieni pnia mózgu praktycznie nie żyją, niemniej jednak te kryterium wydaje się być nierozstrzygające w kwestii człowieczeństwa. Istotne jest to, że w przypadku ludzi, którym usunie się pień mózgu, mamy do czynienia z ich śmiercią; zarodek/płód zaś, bez pnia mózgu wcale żyje! (przejawia funkcje życiowe) i po pewnym czasie tenże pień mózgu się pojawia; nie jest on zatem tak samo “bezwartościową kupą komórek” co pozbawiony pnia mózgu człowiek (choć bezwartościowość w przypadku zmarłego jest także dyskusyjna – vide organy na przeszczepy, ale to tylko mała dygresja).
Wykształcenie samego mózgu również nie powinno być decydujące – trafiały się przypadki ludzi nawet z poważnymi niedoborami mózgowia. Zresztą kryterium istnienia mózgu jako samodzielne kryterium jest niepoprawne, bowiem wtedy każda istota posiadająca mózg je spełnia, ergo jest człowiekiem.
Samodzielne życie – w tym przypadku zarodek także „przegrywa” z człowiekiem, niemniej żyją na świecie ludzie, którzy potrzebują aparatury do podtrzymywania życia, mimo tego jednak nie są nieludźmi (czy ktoś mówi, że ludźmi nie są? tutaj mamy problem dotyczący biologicznej definicji człowieka).
Ludzkie kształty to kryterium niegodne rozważania. Osobnik pozbawiony członków mechanicznie lub zdeformowany przez jakąś chorobę raczej nie wpasowuje się w to kryterium. Poza tym już w czwartym-piątym tygodniu zaczynają się wytwarzać: szkielet, układ mięśniowy i nerwowy, kończyny, nerki, tchawica, płuca, wątroba, trzustka, oczy i uszy, natomiast płód wyglądem zaczyna przypominać człowieka około dziesiątego tygodnia życia – co może wybitnie wczesne nie jest, ale już stawia przed znakiem zapytania powtarzane przez wielu kryterium czwartego miesiąca.
Ludzki genotyp – zarówno człowiek, jak i zarodek, posiadają go.
Autonomiczność organizmu, rozumiana w kontekście niebycia częścią innego organizmu (jak na przykład paznokcie) również zostaje rozstrzygnięta także na korzyść zarodka pomimo tego, że przebywa w macicy. Tak bowiem: ośmiotygodniowy płód w macicy nazywamy płodem, ośmiotygodniowego wcześniaka człowiekiem. Gdzie konsekwencja?
Posiadanie uczuć jako kryterium człowieczeństwa również zawodzi. Wystarczy dokonać na człowieku zabiegu lobotomii i już mamy do czynienia z człowiekiem nie cechującym się emocjami ani uczuciami.
Rozumność i zdolność uczenia się również jest kryterium zawodnym jako samodzielne, gdyż istnieją dojrzałe osobniki ludzkie posiadające problem z dwoma powyższymi. Ponadto rozumność i posiadanie uczuć to cechy, które człowiek nabywa dopiero po pewnym czasie od narodzin. Również, wbrew powszechnemu zachwytowi humanistów (mam tu na myśli część światopoglądu), nie tylko człowiek jako zwierzę jest rozumny i zdolny do uczenia się.

Zakładając, że wszystkie cechy muszą mieć miejsce jednocześnie, by stwierdzić o człowieczeństwie obiektu, dochodzimy do sytuacji “nieciekawej”. Wygląda na możliwe zaistnienie człowieka pozbawionego jednej lub wszystkich wymaganych cech: samoświadomości, świadomości, zdolności samodzielnego utrzymania się przy życiu, z niedorozwojem układu nerwowego, z poważnymi deformacjami ciała, bez uczuć i zdolności rozumowania i uczenia się. Wtedy dochodzimy do paradoksu, że człowiek nie jest człowiekiem. Natomiast stosowanie pojedynczego warunku jest nieprecyzyjne (na przykład wspomniana para: człowiek musi posiadać mózg – zwierzęta także posiadają mózg). Stąd wyżej wymienione można uznać za istotne cechy człowieka, ale nie w pełni konieczne do uznania jego człowieczeństwa. Dlatego skupię się na tym, co moim zdaniem jest najważniejsze przy próbie wykazania, że zarodek jest człowiekiem. Oczywiście nie skupię się na suchej definicji człowieka jako ssaka z rodziny człowiekowatych (bo tu znowu sprawa byłaby zbyt prosta).

Zarodek wypada uznać za organizm żywy gdyż cechują go funkcje życiowe, takie jak choćby metabolizm i podział komórkowy. Do uznania zarodka za organizm żywy będący jednocześnie organizmem ludzkim kwalifikują go także trzy istotne rzeczy:
1. Posiada on typowo ludzki genotyp.
2. Tenże genotyp jest oryginalny (względem matki i ojca), to znaczy zarodek pod względem genów nie jest integralną częścią środowiska, w którym dojrzewa, a samoistnym organizmem.
3. Należy zwrócić uwagę na definicję rozwoju osobniczego. Otóż rozwój osobniczy jest określeniem rozwoju organizmu, (według embriologii i genetyki) trwającego od momentu zapłodnienia (lub, idąc za prof. Modlińskim, od momentu rozpoczęcia podziału komórkowego z już nowym genotypem) do śmierci. Zakłada się, że rozwój (w tym przypadku człowieka), jest podzielony na etapy, płynnie i powoli przewijające się w trakcie całego życia organizmu. Nie można zatem tak po prostu stwierdzić, że zarodek/płód staje się człowiekiem w (przykładowo) czwartym miesiącu rozwoju osobniczego (co zresztą jest wg moich wniosków granicą zbyt późną).

Zauważamy, że bardzo trudne jest ustalenie w całym rozwoju osobniczym konkretnej chwili, kiedy zarodek/płód można uznać za człowieka. Jeżeli chcemy jednak skupić się na sztywnej granicy na potrzeby prawa decydującej o tym, kiedy zarodek/płód jest człowiekiem, a kiedy nie, możemy wyróżnić cztery momenty, które można uznać za początek życia ludzkiego: zapłodnienie, implantacja zarodka w macicy, rozpoczęcie podziału komórkowego i narodziny. Jeżeli przyjmiemy ostatni moment – narodziny, czyli opuszczenie łona matki – dochodzimy do wcześniej wspomnianego absurdu w sytuacji, kiedy wcześniak urodzony na przykład w ósmym miesiącu ciąży będzie uznany za człowieka, a płód o tym samym wieku nie. Teraz niezależnie od tego, który z pozostałych momentów uznalibyśmy za ten czyniący “zlepek komórek” człowiekiem – praktycznie od pierwszych dni ciąży (czego badania diagnostyczne i samopoczucie kobiety raczej nie spostrzeże) mamy z nim do czynienia.

Nie wiem, jakie są luki w całym powyższym rozumowaniu, gdyż w trakcie kilku dyskusji na temat aborcji nawet nie zostałem uraczony wnioskowaniem wskazującym na nieczłowieczeństwo zarodka, ani nawet płodu, w obliczu wcześniejszych wniosków. Niemniej jednak chętnie je poznam. Osobiście sprawę uznaję za dość jasną, ale zostawię Czytelnikowi do rozważenia, czy uzasadniłem postawione na początku twierdzenie, czy też nie. Pociągnę jednak rozważania jeszcze troszeczkę.

Chciałbym teraz odnieść się do paru z pojawiających się czasem argumentów:
1. Obcinanie włosów lub paznokci nie jest czynem równoważnym zabójstwu organizmu, gdyż te są tylko częścią człowieka, i ich usunięcie nie powoduje jego śmierci.
2. Zdarza się słyszeć, że kobieta nieświadomie dokonuje wiele razy aborcji w przypadku, gdy zapłodnione komórki jajowe lub zarodki zostaną wydalone z ciała kobiety (samoistne poronienie, uważa się, że 10-15% wszystkich ciąż kończy się nim). Otóż czynność ta organizmu jest nieświadoma i niezależna od woli kobiety, stąd też moralnie obojętna. Można powiedzieć o zabójstwie, ale nie o morderstwie. I, o ironio, nie wnosi to nic do kwestii człowieczeństwa zarodka/płodu.
3. Odczuwanie cierpienia – jak wyżej – nie jest decydującym w kwestii człowieczeństwa zarodka/płodu (może co najwyżej być dla niektórych czynnikiem uspokajającym sumienie). Zdarzają się ludzie nieodczuwający bólu, z przyczyn psychicznych/biologicznych, i nie rozważa się tego, czy są ludźmi, czy nie. Inna sprawa, że dysfunkcja ta zazwyczaj drastycznie zbliża ich do śmierci.

Jako ciekawostkę poleciłbym zauważyć, że większość zwierząt w bardzo krótkim czasie po porodzie nabywa cech potrzebnych do funkcjonowania, na przykład zdolności sprawnego poruszania się. W tym czasie człowiek potrzebuje kilku miesięcy, by od prób podnoszenia głowy dojść do etapu chodzenia i biegania na dwóch nogach, dopiero około trzynastego roku życia jest przystosowany do życia pod względem rozwoju fizycznego.

Czas na końcowe liźnięcie kwestii moralnych i światopoglądowych. Jeżeli ktoś jest osobą wyznającą światopogląd chrześcijański (katolicki?), być może buddyjski albo parę innych, to w tej sytuacji zwyczajne odniesienie do Boga jako władcy życia i śmierci każdej jednostki, lub do świętości ludzkiego życia pozwala na moralne zanegowanie aborcji. Ewentualnie jeszcze jest argument z duszy – tchnienia życia, chociaż nie wiem czy powinien być przytaczany sam, bez dodatkowego doprecyzowania. Zwierzęta i rośliny bowiem, tak przynajmniej przyjmuje się za św. Tomaszem z Akwinu, także posiadają duszę; mamy zatem znowu rozbudowany problem, którego samą obecnością duszy się nie rozwiąże. Chyba, że ktoś już przez to obdarza żyjącą istotę świętym prawem do życia (vide buddyści), ale pojawia się możliwość wystosowania zarzutu o hipokryzję wobec tak argumentujących, w świetle spożywania przez lwią część z nich mięsa zwierząt i – jak ktoś jest złośliwy – w świetle spożywania przez nich roślin. W zasadzie jednak nie potrzeba rozważać duszy w dyskusji o moralności by dokonać wizualizacji, jaką za chwilę przedstawię, a która odwołuje się do przezorności z powodu niewiedzy i powinna choć trochę zadowolić także tych, którzy w istnienie duszy lub Boga nie wierzą. Można zarodek/płód przyrównać do np. Kota Schroedingera. Albo, żeby wzmocnić przekaz, do pudełka, które jest puste albo jest w nim dziecko (nie znamy faktycznego stanu wnętrza pudełka). Pudełko zalega nam w pokoju z jakichś przyczyn. Możemy je spalić. Niemniej jednak brak pewności co do faktycznej zawartości pudełka (zakładamy niemożność otwarcia go) powinien powodować, że z ostrożności tego nie dokonamy, nie chcąc stać się prawdopodobnymi zabójcami. Tak też – jeśli mnie pamięć nie myli – polecają czasem etycy (chodzi o roztropność), na przykład Peter Vardy i Paul Grosch w książce o (błyskotliwym) tytule „Etyka”. Oczywiście nie każdego musi ta argumentacja ruszać, ale nie wnikam w to. To, co teraz napisałem, niech posłuży tylko za bodziec do rozważań. Chodziło mi w całym wypracowaniu głównie o człowieczeństwo zarodka/płodu.

Reasumując: nie widzę jednoznacznych przesłanek ku temu, by zarodka/płodu ludzkiego nie uznawać za organizm ludzki, nie miałem przynajmniej okazji do tej pory takowych usłyszeć (pomijam kwestie światopoglądowe, wyznawaną przez kogoś religię, ideologię itp.).

A kończąc ciekawostką nie na temat – usłyszałem od znajomego studiującego prawo, że jest różnica w stosowaniu “lub” i “albo”, do czego osobiście obiecuję od teraz starać się dostosować; “lub” jest słownym odpowiednikiem logicznej alternatywy, “albo” – alternatywy wykluczającej (XOR, różnica symetryczna). Jest zatem czymś innym powiedzieć “biały lub czarny”, a czym innym “albo biały, albo czarny”. W takim razie wydaje się bez sensu stosowanie (do czego również się przyznaję) fuzji spójnika “i” oraz “lub” (”i/lub”). Z drugiej strony powiadają, że traktowanie “lub” jako alternatywy albo alternatywy wykluczającej jest poprawne. Nie dojdziemy do porozumienia ;).

[serdecznie dziękuję przedstawicielce redakcji Focus za informację, z którego wydania pochodzi cytowany na początku fragment]